zdjęcie fragmentu deklaracji, z logiem funduszy unijnych
Teksty

Zgoda na sharentig warunkiem udziału w warsztatach antydyskryminacyjnych

Fundacja Art Transparent zaprasza uczniów z dolnośląskich szkół na warsztaty antydyskryminacyjne, wymuszając na rodzicach zgodę na udostępnienie wizerunku.

Klinika Wspólnych Wyobrażeń to projekt fundacji Art Transparent, realizowany w partnerstwie z Uniwersytetem Medycznym im. Piastów Śląskich we Wrocławiu. “W świecie rosnących antagonizmów i wszechobecnej w sieci przemocy niezbędne jest rozwijanie kompetencji przeciwdziałających dyskryminacji zarówno w odniesieniu do swojej osoby, jak i innych. Z myślą o dzieciach i młodzieży dorastających w tej trudnej rzeczywistości powstał projekt „Klinika wspólnych wyobrażeń”, którego celem jest rozwinięcie kompetencji umożliwiających radzenie sobie w sytuacjach doświadczania dyskryminacji oraz zapobiegania im.” – możemy przeczytać na stronie projektu.

Do szkół na Dolnym Śląsku fundacja rozesłała zaproszenia na warsztaty antydyskryminacyjne przeznaczone dla uczniów. Rodzice na wrześniowych wywiadówkach, razem ze stosem innych dokumentów do podpisania, otrzymali też zgodę na wyjście na wspomniane warsztaty.

Na pierwszy rzut oka druk wygląda dobrze. Herb Dolnego Śląska, flaga UE oraz informacja o dofinansowaniu z Funduszy Unijnych uwiarygadniają fundację jako podmiot, któremu można powierzyć przeprowadzenie warsztatów dla dzieci. Patronatem honorowym inicjatywę objęły Rzecznik Praw Dziecka oraz Kuratorium Oświaty we Wrocławiu – więc nawet dyrektorzy i nauczyciele bardziej uwrażliwieni w kwestii tego, kogo wpuszczają do szkół i do kogo wypuszczają uczniów, mogą stracić czujność. Zwłaszcza na początku roku szkolnego, który dla środowiska nauczycielskiego jest tym, czym grudzień dla kurierów. I bez drobiazgowego analizowania podesłanych przez fundację druków pracy jest zbyt dużo. Rodzice, wypełniając stos dokumentów, też raczej nie będą mieli czasu, by przejrzeć je wnikliwie. I zapewne na to liczą organizatorzy.

Oddajcie nam wrażliwe dane, zapłacimy 5-godzinnymi warsztatami!

Jeśli wczytamy się w “deklarację udziału w projekcie”, będącą warunkiem uczestnictwa dziecka, pewne rzeczy wydadzą nam się mocno niepokojące. Nie chodzi bynajmniej o to, że – jako rodzice – zobowiązujemy się do “udzielania niezbędnych informacji dla celów monitoringu, kontroli i ewaluacji projektu” czy udziału w badaniach ankietowych – chociaż taki warunek też postawiono.

Jednak fakt, że fundacja przeprowadzająca raptem jednodniowe warsztaty wymaga od nas informacji, czy dziecko jest “obcego pochodzenia” lub “dotknięte wykluczeniem z dostępu do mieszkań” może dziwić – zwłaszcza, że podanie tych informacji jest obowiązkowe. Możemy odmówić odpowiedzi na pytanie, czy nasz potomek należy do mniejszości etnicznej lub narodowej – ale tego, że jest “obcego pochodzenia” – już nie. Analogicznie nie musimy udzielać informacji na pytanie, czy nasze dziecko jest niepełnosprawne – bo organizatorzy mogą to sobie wywnioskować z naszej odpowiedzi na kolejne, już obowiązkowe pytanie: czy nasze dziecko jest osobą o specjalnych potrzebach rozwojowych i edukacyjnych, objętych wsparciem. Rodzicie uczniów niepełnosprawnych będą musieli zaznaczyć “tak”.

fragment deklaracji, tabelka z polami:Osoba obcego pochodzenia:  tak  nie,obywatelstwo ……………………….;Osoba państwa trzeciego  tak  nie;Osoba należąca do mniejszości narodowej lub etnicznej (w tymspołeczności marginalizowane takie jak Romowie) tak  nie  odmawiampodania informacji;Osoba w kryzysie bezdomności lub dotknięta wykluczeniem z dostępudo mieszkań  tak  nie;Osoba z niepełnosprawnościami  tak  nie  odmawiampodania informacji;Osoba o specjalnych potrzebach rozwojowych i edukacyjnych,objętych wsparciem

Zdarzają się sytuacje, w których podawanie tego typu informacji będzie konieczne: jeśli będziemy starać się o mieszkanie socjalne w gminie, będziemy musieli nasz wniosek uzasadnić, jeśli będziemy starali się o rehabilitację dla naszego potomka – podobnie. Szkoła, jako instytucja, w której uczeń spędza codziennie wiele godzin, zwykle też będzie – w mniejszym lub większym stopniu – zaznajomiona z jego sytuacją. Ale fundacja, na której zajęcia dziecko pójdzie może raz w życiu? Dlaczego mamy się jej spowiadać z naszej sytuacji mieszkaniowej lub problemów rozwojowych dziecka? Uczeń “o specjalnych potrzebach edukacyjnych”, mieszkający w kawalerce, ma prawo wziąć udział w warsztatach antydyskryminacyjnych tylko wtedy, jeśli jego rodzice się z tego wyspowiadają? Może – ironizując – od razu dodać wymóg, że ich potomek na warsztaty ma przyjść z miną lichą i durnowatą?

Nie da się tego typu wymogów uzasadnić chęcią dostosowania warsztatów do uczestnika – bo oczekiwania czy wymagania to już osobny punkt formularza. Jest zasadnicza różnica między zapytaniem, czy uczeń będzie podczas warsztatów wymagał dodatkowej pomocy lub delikatniejszego podejścia do niektórych tematów, a wymuszaniem informacji o jego pochodzeniu czy sytuacji mieszkaniowej. Trudno nie zastanawiać się, po co fundacja zbiera takie dane.

Przymusowy sharenting

Może jednak jest na to jakieś, nieznane mi, wytłumaczenie w zawiłości polskich czy unijnych przepisów. Wytłumaczenia z pewnością nie ma jednak to, czego wymaga się od nas w dalszej części deklaracji. Musimy bowiem zgodzić się na sharenting.

screen z fragmentem deklaracji:Oświadczam, że:- wyrażam zgodę na udział dziecka w projekcie pt. ,,Klinika wspólnych wyobrażeń”, który jestrealizowany w ramach Priorytetu nr 7 Fundusze Europejskie na rzecz rynku pracy i włączeniaspołecznego ma Dolnym Śląsku, Działanie 7.3 Równe szanse, Programu Fundusze Europejskie dlaDolnego Śląska 2021-2027, współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu SpołecznegoPlus;- zapoznałam/em się i akceptuję treść Regulaminu projektu;- zobowiązuję się do udzielania niezbędnych informacji dla celów monitoringu, kontroli i ewaluacjiprojektu w trakcie i do 3 miesięcy po zakończeniu udziału w Projekcie;- zobowiązuję się do udziału w badaniach ankietowych związanych z realizacją Projektu;- zostałem poinformowany o sposobie realizacji obowiązku informacyjnego (RODO);- wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych dla potrzeb niezbędnych do realizacjiprocesu rekrutacji zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowychi w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (RODO).(Zgoda ma charakter dobrowolny. Niewyrażenie zgody wiąże się z brakiem możliwości uczestnictwaw procesie rekrutacyjnym. Zgoda może być cofnięta w każdym momencie, jednak bez wpływu na zgodnośćz prawem przetwarzania danych osobowych, którego dokonano na podstawie zgody przed jej cofnięciem);- wyrażam zgodę na udostępnienie wizerunku dziecka na potrzeby realizacji i promocji projektu;- wszystkie dane zawarte w niniejszym oświadczeniu są prawdziwe oraz że poinformowano mnieo prawie dostępu do przetwarzania przez realizatorów projektu danych osobowych wraz z prawem dożądania ich zmian, uzupełnienia lub usunięcia.- wyrażam zgodę na wykorzystanie twórczości dziecka w ramach projektu

O szkodliwości sharentingu, czyli dzielenia się wizerunkiem dzieci w internecie, mówi się od dawna. Pisałam o tym m. in. w artykule [“Kto odpowiada za dzieci na szkolnym facebooku](“https://didleth.pl/kto-odpowiada-za-dzieci-na-szkolnym-facebooku/”). Problem opisywały m. in. Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę czy Instytut Cyfrowego Obywatelstwa. Trwają debaty na temat kontrowersyjnych praktyk publikowania zdjęć uczniów na szkolnych profilach, a w wakacje uchwalono zakaz sharentingu w żłobkach. UODO podkreśla, że zgoda na publikację wizerunku nie może być warunkiem uczestnictwa dziecka w przedsięwzięciu.

Tymczasem punkt “wyrażam zgodę na udostępnienie wizerunku dziecka na potrzeby realizacji i promocji projektu” znalazł się w szeregu innych zobowiązań i zgód, które musi podpisać rodzic, jeśli chce puścić swojego 7latka na warsztaty antydyskryminacyjne.

To nie jest standardowy, dawany zwykle na osobnej kartce, formularz zgody na publikację wizerunku. Nie ma tam też typowej w tego typu sytuacjach opcji wyboru – możliwości podkreślenia lub zaznaczenia, że nie wyraża się zgody. Przewidziano tylko jedną możliwość: zgoda na publikację.

Dodatkowo forma kontaktu fundacji z rodzicami utrudnia im sprzeciw. Nieetyczne czy nielegalne zapisy w dokumentach łatwiej jest zakwestionować, jeśli mamy styczność z bezpośrednim podmiotem, który je na nas wymusza. Przy indywidualnych zapisach można porozmawiać, wykreślić tego typu zapis i zobaczyć, czy po drugiej stronie spotkamy się ze zrozumieniem.

Tutaj jednak fundacja wykorzystuje szkoły jako pośredników. Nawet, jeśli rodzic wykreśli zapis zmuszający go do zgody na sharenting – nie wie, z jaką reakcją spotka się po drugiej stronie. I nie dowie się, dopóki nauczyciel, wyposażony w pokreślony dokument, nie zaprowadzi dziecka na warsztaty.

Nauczyciel z kolei, nie wiedząc, co zastanie na miejscu, może bać się przyjąć taką pokreśloną deklarację udziału w projekcie. Nie wie przecież, czy uczeń zostanie wpuszczony – a ma jeszcze pod opieką inne dzieci, które na zajęcia wejdą.

Przeciętny rodzic taką wymuszoną zgodę podpisze – nawet, jeśli nie ma na to ochoty. Prędzej machinalnie wypełni druk razem z innymi, dostarczonymi przez szkołę dokumentami, niż zaangażuje się w batalię prawną z powodu 5-godzinnych warsztatów.

Są jeszcze dwie wisienki na torcie. Pierwsza: projekt otrzymał dofinansowanie w wysokości 1 894 295,78 zł. Chyba wystarczająca kwota, by uwzględnić w niej działania marketingowe, zamiast szukać darmowej siły roboczej w postaci dzieci z podstawówek.

Druga wisienka: patronat medialny nad inicjatywą objął Magazyn Pismo. Ten sam, który niejednokrotnie ostrzegał przed sharentingiem.

Reasumując: ktoś w fundacji realizującej projekt uznał, że w ramach walki z dyskryminacją trzeba wymusić informację, czy dziecko nie jest aby obcego pochodzenia, nie ma problemów rozwojowych czy trudnej sytuacji mieszkaniowej. Potem uznał, że to samo dziecko trzeba zaprząc do darmowej pracy przy promocji projektu i – nie bacząc na wszelkie związane z sharentingiem zagrożenia – zmusić je do firmowania inicjatywy swoim wizerunkiem.

Ktoś w biurze RPD stwierdził najwyraźniej, że prawem dziecka jest być wykorzystywanym do promocji antydyskryminacyjnych projektów unijnych pod groźbą wykluczenia z tychże. Problemu nie dostrzegło Kuratorium Oświaty. Magazyn Pismo, w którym wielokrotnie można było przeczytań o zagrożeniach płynących z udostępniania wizerunku dziecka, zdecydował się na patronat nad projektem, który sharenting wymusza.

Podczas reklamowanych warsztatów uczniowie obejrzą wystawę, stworzą “latający dywan”, będą się uczyć rozpoznawania emocji, empatii, uważności i otwartości wobec innych. Ale nie wszyscy. Tylko ci, których rodzice wyrażą zgodę na wykorzystanie wizerunku dziecka na potrzeby promocji projektu. Pozostałe dzieci, gdy reszta klasy będzie się bawić na warsztatach, zostaną w domach lub na szkolnej świetlicy. W ramach walki z dyskryminacją, ma się rozumieć.

Cytując klasyka: “Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych”. 7-latki są jeszcze wprawdzie za małe na Orwella, ale dzięki Fundacji Art Transparent będą mogły na własnej skórze odczuć podział na równych i równiejszych. Pod patronatem ważnych instytucji i za unijne pieniądze.