Podążanie za modą i nowinkami miało ułatwić nam życie. Jednak czy cena, jaką płacimy goniąc za trendami, nie jest zbyt wysoka?

fot. Anton Demakov/Unsplash

“Trzeba iść z duchem czasu”, tudzież “takie czasy” – słyszałam po tysiąckrotność, w różnych wersjach i odmianach, praktycznie od dziecka. Urodziłam się w PRLu, do szkoły chodziłam już w okresie po przemianach ustrojowych, w którym każda nowinka była przez społeczeństwo spijana niczym kropla nektaru podarowanego przez bogów z mitycznego “Zachodu”. Może nie przez całe społeczeństwo – podział na tych, którzy tęsknili za PRLem, bo kapitalizm zabrał im pracę i źródło utrzymania oraz na tych, którzy spoglądali na nowy system przez różowe okulary, widząc w nim szansę na osiągnięcie sukcesu, zarysowywał się już wtedy, w latach 90-ych. Nie było wtedy jeszcze obecnego duopolu politycznego ani polaryzujących socialmediów: ale byli zwolennicy dawnych czasów oraz zwolennicy tego, co nowoczesne, a więc “zachodnie” i “przyszłościowe”. Dzieci jednych i drugich były w szkołach zachęcane do dbania o higienę ustną za pomocą kolorowej pasty do zębów konkretnej marki, a później – do założenia młodzieżowego konta bankowego w konkretnym banku. Nauczyciele czy nauczycielki zachęcały chyba z większą zagorzałością, niż sami marketingowcy prowadzący te zajęcia. W dostosowywaniu się do wymogów nowych czasów widzieli raczej szansę na lepszą przyszłość dla uczniów, niż zagrożenie (a przynajmniej tak to wyglądało w szkołach, do których uczęszczałam). Podczas codziennych lekcji zachęcali do krytycznego myślenia – ale gdy w szkole pojawiał się marketingowiec z jakiejś firmy, kazali nam podchodzić do niego bezkrytycznie.

Może mając w pamięci trudy PRLu myśleli, że jeśli założymy konto w banku (na które nikogo z nas nie było wtedy stać) czy użyjemy kolorowej pasty do zębów, rzeczywiście będziemy szczęśliwsi? Na pierwszy rzut oka: różne produkty po prostu ułatwiają życie, czyniąc je bardziej znośnym – można pomyśleć, że poszczególne firmy robią to, co ludzkość czyniła od zarania dziejów. Jako gatunek rozwinęliśmy się kombinując, jak uczynić egzystencję łatwiejszą. Rozwój cywilizacji zawdzięczamy jednostkom, które miały odwagę spróbować czegoś nowego, oraz masom, które – zwykle po dłuższym okresie – dawały się tym jednostkom przekonać. Jak romantycznie nie brzmiałyby te wszystkie opowieści o “starych, dobrych czasach” – to jednak przeciętny człowiek nie zamieniłby swojego życia na los przodków żyjących 200 lat temu.

Postęp ułatwia życie

To postęp napędza cywilizację, usprawnia produkcję żywności (przy okazji zanieczyszczając środowisko ma masową skalę), zapewnia nam dostęp do zaawansowanej opieki medycznej (na którą wielu ludzi zwyczajnie nie stać).

Może nie ma więc sensu obrażać się na nowoczesność, której wiele zawdzięczamy. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy do nowych rozwiązań podchodzić albo z bezrefleksyjną obojętnością, albo z religijnym wręcz entuzjazmem – a właśnie w ten sposób wiele osób postępuje, ignorując zagrożenia.

W dzisiejszych czasach pójście z duchem czasu oznacza ułatwianie sobie życia za pomocą technologii, wielozadaniowość, łatwość w dostosowywaniu się do zmian i dążenie do kontroli każdego aspektu życia. Mają w tym wszystkim pomóc różne rozwiązania technologiczne: od monitoringu w szkołach i na ulicach miast, przez samobieżne odkurzacze i inteligentne lodówki, po aplikacje do wszystkiego.

Program na smartfonie rozpozna płacz dzieckapowie, kiedy zmienić mu pieluszkę. Państwowa aplikacja ułatwi załatwienie spraw urzędowych, bez konieczności ruszania się z domu. Dzięki aplikacji możemy dokładnie zmapować nasze mieszkanie, by chiński odkurzacz wiedział, gdzie posprzątać, wypożyczymy hulajnogę lub rower miejski i kupimy bilet na pociąg, unikając wizyty na dworcu. Social media i komunikatory ułatwiają podtrzymywanie kontaktu z ludźmi o każdej porze dnia i nocy. 1/3 Brytyjczyków szuka wsparcia emocjonalnego u czatbotów.

Szkoły i przedszkola, chcąc iść z duchem czasu, zakładają profile na portalach społecznościowych, wrzucając materiały z zajęć z podopiecznymi. Wymarzona szkoła w oczach wielu ma być nowoczesna, wyposażona w tablice multimedialne, ucząca głównie programowania, sztucznej inteligencji i j. angielskiego, kosztem innych przedmiotów. W jednym z miejsc poświęconych edukacji zauważyłam wpis rodzica dowodzącego, że przecież teraz AI odpowie na wszystko, więc po co męczyć dziecko szkołą, zamiast po prostu posadzić je przed chatbotem.

To tendencja, którą w postępowych środowiskach rodzicielskich, ale także wśród niektórych nauczycieli, obserwuję od lat: przekonanie, że trzeba iść z duchem czasu, być otwartym na zmiany – rozumiane jako przyniesione przez technologię błogosławieństwa, uczyć mniej historii, mniej polskiego (bo teraz chatbot wszystko napisze), za to więcej angielskiego i mitycznych “nowych technologii”.

“Smartfon daje przewagę” – pisał Piotr Wójcik na łamach Krytyki Politycznej, przeciwstawiając się pomysłowi MEN dot. zakazu korzystania telefonów podczas lekcji. Zakaz nie byłby całkowity – korzystanie z urządzenia byłoby dozwolone w określonych sytuacjach. Jedną z nich jest używanie smartfona pod nadzorem nauczyciela. Mimo to autorowi artykułu pomysł zdecydowanie się nie podoba. Wójcik przywołuje eksperyment Aaron Chenga, który podzielił uczniów na 3 grupy: pozbawioną smartfonów, mogącą korzystać z nich bez ograniczeń oraz korzystającą z urządzeń przy wsparciu osoby prowadzącej zajęcia. Ta ostatnia grupa najlepiej wypadła w końcowych testach.

Influencerzy o mniejszych i większych zasięgach przekonują do tego, co jest ich zdaniem najlepsze. De facto nie trzeba być celebrytą, by zorganizować zbiórkę, poszukiwania zaginionego kota czy przekonywać do szerzonych przez siebie idei. Dziś nikt już nie podważa siły mediów społecznościowych. Czy uważa się ją za dobrodziejstwo, czy za przekleństwo, to osobna kwestia.

Algorytm podpowie nam nawet, kogo mamy kochać, a kogo nienawidzić. Czasem będzie to nauczycielka wyrzucająca zabawkę, czasem pisarz, którego cytat nam się nie spodobał, czasem polityk nielubianej partii lub lokalny społecznik. Oczywiście raczej nikt nie przyzna się do tego, że powodem niechęci do danej osoby jest albo wyrwany z kontekstu tweet, albo materiał spreparowany przez AI. Trzeba by wtedy spojrzeć na siebie krytycznie, uznać, że beznamiętne scrollowanie i udostępnianie świadczy nie tylko o tym, że idziemy z duchem czasu, jesteśmy na bieżąco i dobrze ogarniamy social media – ale także o tym, że takie działanie może na nas działać negatywnie.

Na gruncie parentingowym od dorosłych ludzi nieraz słyszałam religijną wręcz ekscytację dotyczącą czy to zabawek, które dziecko powinno posiadać, czy magicznych suplementów wspomagających terapię. Zanim jeszcze zostałam matką, na etapie ciąży nieraz dowiadywałam się, że muszę koniecznie kupić konkretny produkt konkretnej firmy. Czasami zachwalany mi jako “najlepszy”, czasami – jako jedyny odpowiedni, ponieważ…(i tutaj padały cytaty żywcem wyjęte z telewizyjnej reklamy). Wiadomo, że jeśli nie zjem brokuła z mrożonki popularnej w telewizji, to zrobię krzywdę dziecku.

To już nie jest zwykłe kuszenie modą, typowe dla sprzedawców czy znajomych preferujących produkt danej firmy. Rodzice zwykle słyszą argument “dobra dziecka” oraz wyrzuty, że robią swojemu potomkowi krzywdę, jeśli się na dany produkt lub usługę nie decydują.

Zarobiłabym tysiące, gdybym dostawała złotówkę za każdą uwagę typu “odbierasz dziecku dzieciństwo” – gdy nie zgadzałam się na udostępnianie dwulatkowi smartfona. Bardzo często spotykałam się z argumentem, że powinno się mu sprezentować tablet i sadzać go przed bajkami, które teraz są specjalnie dostosowane do maluchów, ucząc ich cyferek, kształtów i piosenek. Od rozmówczyń – Polek przebywających w W. Brytanii – słyszałam, jak to u nich stawia się na nowoczesność, dzieciom daje się tablety od małego, nie to, co w tej zaściankowej Polsce, w której ludzie na dobrodziejstwach technologii muszą się dopiero poznać. Dziś już z tamtymi ludźmi nie mam kontaktu – nie wątpię jednak, że dowodziliby wyższości pluszaka wyposażonego w AI nad takim tradycyjnym.

Ale jeszcze większą burzę w szklance wody wywołałam, stając kiedyś w obronie rodziców, którzy podczas zakupów zostawili w samochodzie nastoletnią dziewczynkę. Interlokutorki (bo to były głównie kobiety) dowodziły, że w takiej sytuacji trzeba nasłać na rodziców policję. Argument, że sama jako nastolatka nieraz zostawałam w samochodzie, okazał się nietrafiony – bo “teraz są inne czasy”. Inne czasy oznaczają, że jest teraz więcej zagrożeń, a jednocześnie większa świadomość dotycząca czy to różnych niebezpieczeństw, czy tego, jak przebiega rozwój dziecka i co jest dla niego najlepsze. Trzeba więc wszystko śledzić i być na bieżąco z obowiązującymi trendami. Informacje są na wyciągnięcie ręki, każdy może je sobie znaleźć w internecie – dowodziły moje rozmówczynie.

Czyja potrzeba jest matką wynalazku?

Ci sami ludzie, którzy “dla bezpieczeństwa” nie pozwolą dzieciom wyjść na dwór, czy chociażby zostać w samochodzie podczas sobotnich zakupów, dadzą im w prezencie smartfon czy tablet (czasem z zainstalowanymi aplikacjami do kontroli rodzicielskiej, czasem nie). Dzięki temu poczują się dobrymi rodzicami, którzy nadążają za trendami, nie są zacofani i liczą się z potrzebami dziecka.

Ci sami ludzie, którzy w social mediach wyśmiewają czy hejtują innych za korzystanie z gotowych usług czy szukanie profesjonalnej pomocy (bez której podobno sami się obywali), w innym zakresie korzystają z gotowych rozwiązań technologicznych, bo nie potrafią inaczej – i nie widzą w swoim postępowaniu hipokryzji.

Osoby pozbywające się partnerów za pomocą zmiany statusu związku na FB, kończące znajomość przyciskiem “usuń ze znajomych”, czują ulgę, mogąc uniknąć bezpośredniej konfrontacji. Zawsze można znaleźć nowych przyjaciół wśród rzeszy obserwujących, a nowego chłopaka czy dziewczyny poszukać na Tinderze. W razie wątpliwości porady poszuka się u czatbota, który jest zawsze dostępny, ma czas, wspiera i nie sprawi takiego zawodu, jak ludzie z krwi i kości.

Mawia się – słusznie – że potrzeba jest matką wynalazku. W przypadku dziecięcych eksperymentów, studenckich prowizorek czy innych rozwiązań dla celów prywatnych rzeczywiście można mówić o potrzebach osób, które z danych rozwiązań korzystają. Jednak przy produktach i usługach oferowanych na szerszą skalę, warto mieć świadomość interesów ludzi za nimi stojących. Prywatne firmy, organizacje czy politycy będą chcieli zarabiać, szerzyć ideę czy zachować władzę.

Politycy klasycznie będą chcieli ograniczać prawa obywatelskie pod pretekstem ochrony dzieci czy walki z terroryzmem.

Korporacja ma interes w tym, byśmy przestali budować dobre i głębsze (ale przez to momentami trudne) relacje z innymi ludźmi. Nie tworzy “przyjaciela AI”, aby rozwiązać problem samotności, lecz po to, by zarobić na czasie spędzonym przez użytkownika przed ekranem.

Producenci chcą zarobić na swoich produktach – będą je więc reklamować w mniej lub bardziej etyczny sposób, przekonując, że będziemy szczęśliwsi lub bezpieczniejsi, jeśli z nich skorzystamy.

Podobnie czynią (samozwańczy lub prawdziwi) specjaliści z różnych dziedzin. To nie jest problem dot. tylko korporacji czy influencerów, a całego kapitalistycznego społeczeństwa. Każdy chce zarobić – i nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie – poczuciem misji nie wyżywi się rodziny i nie opłaci rachunków. Problem pojawia się, gdy jedna strona oferuje swoje produkty czy idee, a druga przyjmuje je bezkrytycznie ze strachu lub z przekonania, że taki jest znak czasów i że nie ma innego wyjścia.

Za produktem każdej firmy, małej czy dużej, zwykle stoi potrzeba, by zarobić – i to ona jest “matką wynalazku”. W konsumpcyjnym społeczeństwie wiele “potrzeb” zostało sztucznie wykreowanych lub wyolbrzymionych przez branżowy lobbing – w przeciwnym wypadku branża (dowolna) nie zarobiłaby przecież na rozwiązaniach, których mało kto realnie potrzebuje.

Pułapki technosolutionizmu

W kontekście technologii dochodzi jeszcze problem technosolutionizmu – czyli przekonania, że trudne problemy społeczne da się rozwiązać za pomocą technologii.

Szkoły chcą przyciągać młodzież tworząc klasy o profilu influencerskim, rodzice i nauczyciele domagają się monitoringu w szkolnych salach. Monitoring w innych pomieszczeniach już jest. Teoretycznie ma jedynie wspomóc nauczyciela dyżurującego, a nie go zastąpić. W praktyce – różnie bywa. Niedawno głośno było o sprawie potrącenia uczennicy na szkolnym parkingu, sprawę zarejestrowała kamera monitoringu. Czy doszłoby do wypadku, gdyby bezpieczeństwa przed szkołą pilnował człowiek, a nie kamera?

Można się też zastanowić nad organizacją ruchu. Łatwo krytykować parking przed szkołą – ale w ramach tych nowych, lepszych i nowocześniejszych czasów infrastrukturę projektuje się dla kierowców, a nie dla pieszych. Dodatkowo od dzieci wymaga się coraz mniejszej samodzielności, a od rodziców – coraz większego nadzoru. Mimo, iż zgodnie z prawem już 7latek może samodzielnie iść do szkoły, to w praktyce odmawia się tego nawet nastolatkom. “12-letnie dziecko jest w stanie zostać samo, ale na chwilę, na czas wyjścia rodzica do sklepu czy do samochodu” – wypowiadała się niedawno psycholożka na łamach onetu.

Polegamy na technologii praktycznie we wszystkim: w kwestii przechowywania danych, bezpieczeństwa dzieci czy kontaktów z innymi ludźmi. Ułatwiamy sobie życie inteligentnymi żarówkami i drzwiami otwieranymi za pomocą aplikacji. Na pewnej grupie kulinarnej jedna z pań chełpiła się podpięciem do internetu praktycznie wszystkich kuchennych sprzętów, nawet codzienne zakupy spożywcze miała robić bez wychodzenia z domu za pomocą specjalnej aplikacji. Patrzyła z poczuciem zdziwienia, a jednocześnie wyższości na wszystkich, którzy nie robią podobnie.

Ciesząc się nową inteligentną zabawką skupiamy się na tym, ile zyskujemy – i zdecydowanie za rzadko zastanawiamy się nad tym, co tracimy.

Smart urządzenia nie tylko naruszają naszą prywatność i zbierają masę danych, które mogą trafić w niepowołane ręce. Często są też uzależnione od dostępu do usług chmurowych. Użytkownicy inteligentnych łóżek przekonali się o tym podczas awarii AWS, gdy ich materace niebezpiecznie się nagrzewały.

Nie zbuduje się bliskości z niemowlęciem, jeśli zamiast na relacji skupimy się na tym, czym straszy nas aplikacja parentingowa. Podobnie jak zaufania nie buduje się podglądając 5latka w przedszkolu za pomocą monitoringu, czy śledząc za pomocą specjalnego programu każdy krok nastolatka.

Państwowe e-usługi budzą wątpliwości nie tylko w kwestii przymusu cyfrowego – nieraz zwyczajnie nie działają. Pół biedy, jeśli komuś nie udało się złożyć urzędowego wniosku przez internet i może spróbować następnego dnia – gorzej, jeśli ktoś trafił na awarię mObywatela w dniu wyborów, a do lokalu wyborczego zabrał tylko telefon.

Opisywany przez Piotra Wójcika eksperyment odnośnie smartfonów dotyczył uczniów i studentów w wieku 14-23 lat w chińskiej szkole – na gruncie polskich podstawówek nie dowodzi więc niczego. Jego wyniki poświadczyły co najwyżej skuteczność w rozwiązywaniu quizów. Czy zależy nam, żeby Polacy byli dobrzy w testozie, czy żeby potrafili myśleć krytycznie i samodzielnie (a przez to byli bardziej odporni na operacje wpływu czy dezinformacje)?

Im więcej czasu spędzamy w social mediach, tym mniej mamy go dla siebie nawzajem. Nie bez powodu platformy cyfrowe nazywa się mediami antyspołecznościowymi.

Cedując poszczególne kompetencje na technologię sami się ich pozbawiamy. Nie chodzi tylko o oddelegowywanie trudnych lub żmudnych zadań, na które nie mamy zasobów – a o przekonanie, że technologia wyręczy nas we wszystkim. Coraz częściej mam okazję obserwować wypowiedzi ludzi, którzy brzmią jak czatboty.

Coraz częściej jestem też zachęcana do tworzenia czy oglądania rolek. Zapewne zwiększyłoby to moje zasięgi, poza tym ludzie wolą obejrzeć krótkie video podczas scrollowania smartfona, niż zagłębiać się w jakiś długi tekst. Jak dotąd się jednak nie ugięłam. Dlaczego?

Bo wierzę, że wcale nie musimy ślepo podążać za modą i większością – zwłaszcza w sytuacjach, gdy dana moda jest szkodliwa. Zamiast uginać się pod naporem rzeczywistości, można starać się nagiąć rzeczywistość – i w ten sposób ją kształtować. W bezrefleksyjnym dostosowywaniu się do “większości” i “obecnych czasów” jest coś fatalistycznego. Płynąc ślepo z prądem, nie zadając pytań i nawet nie zastanawiając się nad tym, czy weszliśmy do właściwej rzeki, sami siebie pozbawiamy sprawczości i decyzyjności. Nieraz warto jest przynajmniej próbować płynąć pod prąd. Z czasem zwykle okazuje się, że takich ludzi jest więcej i wcale nie zostajemy z tym sami.