Co łączy model subskrypcyjny, urządzenia smart i aplikacje do wszystkiego z powieścią Philipa K. Dicka?

fot. Ello/Unsplash
“Proszę o dziesięć centów. Pięć centów za otwarcie, pięć centów za śmietankę.” – usłyszał od swojej lodówki Joe Chip, bohater powieści Ubik Philipa K. Dicka, gdy chciał wyjąć mleko do kawy. Wcześniej za pomocą monety uruchamiał radio czy ekspres. Miał też problem z opuszczeniem mieszkania, bo drzwi, do których nie wrzucił monety, nie chciały go wypuścić.
Czytałam tę książkę jako nastolatka – a więc już jakieś 30 lat po jej napisaniu. Wtedy pomysł sprzętów domowych działających na monetę wydał mi się dziwny i przekombinowany. Obecnie? Cóż – opis brzmi niepokojąco znajomo.
Z jedną różnicą – dziś rzadziej używamy monet. Wprawdzie wciąż można spotkać miejsca, gdzie rzeczywiście rządzi bilon – od automatów z pierdółkami w miastach turystycznych, po toalety przy niemieckich autostradach. Jednak w XXI wieku, w dobie kart płatniczych i płatności online, statystycznie częściej będziemy musieli podać numer karty czy BLIKa, niż wrzucić monetę. Nie zmienia się jedno (a raczej zmienia, tylko w złym kierunku) – coraz częściej jesteśmy zmuszani regularnie płacić za długotrwały dostęp do dóbr i usług – już nie tylko pieniędzmi, ale także naszymi danymi.
“Demokracja umiera za paywallem” – głosił tytuł artykułu w Atlantic, niedostępny dla wielu, z racji znajdowania się właśnie za paywallem. Samo hasło jest starsze, niż wspomniany artykuł. Wbrew pozorom nie zamierzam jednak krytykować mediów, artystów czy innych twórców, którzy każą płacić za dostęp do swoich treści. Nie dlatego, że nie widzę negatywnych skutków ograniczonego dostępu do informacji. Jestem ich świadoma, nader często mam styczność z ludźmi, którzy gardłują na temat czegoś, czego nie przeczytali. Jednak wolontariatem nie opłaci się rachunków, a kasjerka w sklepie poprosi o płatność kartą lub gotówką i nie przyjmie zamiast tego ani analizy politycznej, ani felietonu krytykującego decyzje lokalnej władzy, choćby były nie wiadomo jak dobre. Za gazety czy czasopisma trzeba było płacić i przed erą internetu. W ich przypadku problemem jest nie sam wymóg płatności, a jego forma: nieraz wymagająca wykupienia subskrypcji na wiele miesięcy naprzód i to koniecznie za pomocą karty płatniczej czy innych amerykańskich rozwiązań. Ten drugi przypadek dotyczy także Wikipedii, która regularnie prosi o wpłaty, ale…tylko za pośrednictwem amerykańskich korporacji. Mamy więc klasyczny przykład przymusu cyfrowego i przywiązywania czytelnika nie tylko do danego medium, ale też do usług konkretnych korporacji. Ta bariera, czy raczej zestaw barier, jest nie przeskoczenia dla wielu osób: nietechnicznych, nieufnie podchodzących do podawania numerów karty kredytowej, zainteresowanych konkretnym materiałem, a nie wielomiesięczną ofertą czy świadomie bojkotujących amerykańskie usługi. O osobach objętych amerykańskimi sankcjami już nie wspominając. Są wprawdzie media pozwalające na płatność klasycznym przelewem – ale to kropla w morzu potrzeb.
Warto jednak zwrócić uwagę na coś innego: wszyscy krytykują paywalle, a powszechnie umyka konieczność ponoszenia opłat za szereg innych dóbr i usług. Model subskrypcyjny jest dzisiaj wszechobecny. Różne programy czy karty lojalnościowe, które już i tak nie były obojętne dla prywatności, przybrały formę aplikacji. Firmy najpierw proponowały nam papierową kartę stałego klienta, ta z czasem traciła ważność lub przestawała działać – i byliśmy proszeni o zainstalowanie lojalnościowej apki na smartfona. Obecnie ekspedientki nie proszą już o założenie karty – namawiają (czasem delikatnie, a czasem zdecydowanie zbyt namolnie) do pobrania aplikacji.
Kupujemy co miesiąc dostęp do gier online, platform edukacyjnych, Netflixa czy Legimi. O zainstalowanie swojego programu proszą małe i duże sklepy, usługi kurierskie czy pocztowe, salony fryzjerskie czy gabinety specjalistyczne, z weterynaryjnymi włącznie. W zamian za zniżki i wygodę oddajemy informacje o naszym życiu, co bynajmniej nie pozbawia nas konieczności zapłacenia za towary czy usługi. Mało kto zastanawia się nad tym, jaką realnie cenę ponosimy za taką lojalność.
A przecież model subskrypcyjny nie zawsze był domyślnym – zwłaszcza przed epoką “danych w chmurze” i wszechobecnego dostępu do internetu. Film czy książkę trzymaliśmy na jakimś fizycznym nośniku. Stopniowo nastąpiło przesunięcie z “posiadania” na ograniczony czasowo dostęp. Studząc jednak entuzjazm przeciwników własności prywatnej, często podnoszących, że to korzystanie z danych dóbr, a nie ich posiadanie, powinno wyznaczać standardy: nie o taki przypadek tutaj chodzi, wręcz przeciwnie. Wciąż to wielkie korporacje (ale też mniejsze firmy) są decydentami. Po prostu użytkownik ma coraz mniej praw.
Dla zobrazowania: kiedyś można było nagrać serial z telewizji i oglądać go tak często, jak miało się ochotę – nawet, gdy ten przestał już być emitowany. Można też było nabyć swój ulubiony tytuł na kasecie video lub wypożyczyć go z wypożyczalni. Nawet co tydzień, jeśli miało się na to środki i chęć. Pani z obsługi nie dopytywała, na ilu urządzeniach obejrzymy swoje ulubione anime, czy będą nam towarzyszyć jacyś znajomi, czy może zabierzemy serial na weekend. Na kasecie zawsze był tytuł, o który poprosiliśmy, a nie znane z Netflixa ostrzeżenie, że nasz dom nie jest naszym domem, więc powinniśmy założyć w wypożyczalni (kolejne) konto. Dorośli, którzy dzisiaj stresują się kontaktem z obsługą klienta dużych korporacji, nie wiedząc, czy i jak chatbot rozpatrzy ich problem, w dzieciństwie (o ile to przypadało na lata 90te) bezstresowo korzystali z wypożyczalni kaset video czy kartridży do Pegasusa.
Niektóre wypożyczalnie szły dalej – prowadziły też sprzedaż, umożliwiając nabycie kasety na własność. Jednak czy którykolwiek punkt zdecydowałby się, aby pobierać od klientów dodatkowe opłaty za to, że Ci w swoich własnych domach, na swoich własnych sprzętach odtwarzają swój własny, zakupiony wcześniej nośnik? A właśnie na podobny pomysł wpadła firma HP. Korporacja oferuje teraz swoje usługi w abonamencie – klient po zakupie inteligentnej drukarki ma wykupić comiesięczny dostęp do…możliwości drukowania. Jeśli użytkownik przekroczy uwzględnioną w abonamencie liczbę wydrukowanych stron – zmuszony będzie przejść na wyższy pakiet. Jeśli przestanie płacić – drukarka przestanie drukować, bo w planie subskrypcyjnym tusze są własnością HP. Użytkownik jest też zobowiązany pilnować, by urządzenie miało stały dostęp do internetu, aby firma mogła monitorować jego pracę.
Jest jeszcze jeden, mniej oczywisty aspekt modelu subskrypcyjnego – im więcej kupujemy w abonamencie, tym mniej możemy nabyć na własność. Urządzenia, na których można odtworzyć płytę czy kasetę znikają z rynku chyba szybciej, niż same nośniki. Mój tata był melomanem. Mimo, że mieszkaliśmy w niedużej miejscowości, w domu nieraz pojawiał się nowy sprzęt grający – tata testował, analizował i w zależności od wyników wymieniał na inny (starszy lub nowszy) model. Kiedy jednak 30 lat później próbowałam kupić dzieciom sprzęt do odtwarzania płyt, wybór był zdecydowanie mniejszy – mimo, iż miałam dostęp do wielkomiejskich marketów z elektroniką. Dodatkowo samo pytanie o taki sprzęt budziło zdziwienie, jakby dla wszystkich było oczywiste, że przedszkolakowi daje się tablet z różnymi aplikacjami, a nie możliwość odtworzenia audiobooka czy muzyki bez dodatkowych rozpraszaczy.
Czy jednak powinniśmy być tym wszystkim zdziwieni? Komercyjny pakiet biurowy Microsoft Office czy specjalistyczny program graficzny Adobe Photoshop też kupowało się kiedyś na płytach CD – i chociaż jednorazowy wydatek był dość bolesny, to jednak miało się poczucie posiadania produktu na własność. Dziś dominują subskrypcje, a dawniej zakupione programy przestały już działać, ze względu na niekompatybilność z obecnymi komputerami.
Problem stanowi nie tylko abonament, ale też sam model licencyjny. W USA powstał projekt ustawy (tzw. Protect Our Games Act), która zapewniałaby konsumentom długotrwały dostęp do gier online, a producentów zmusiła m. in. do poinformowania graczy o planowanym wyłączeniu niezbędnych usług z 60dniowym wyprzedzeniem. Producenci zaprotestowali – argumentując, że sprzedają gry jako licencje, a nie tradycyjne towary, więc użytkownik nie może mieć prawa korzystać z gry dożywotnio.
Amazon zapowiedział, że kończy wsparcie dla swoich starych modeli – co oznacza, że ich posiadacze nie kupią już e-booków na Amazonie i będą mieć problemy z czytaniem książek na swoim czytniku.
Dotyczy to tylko tych osób, którym dotąd firma nie zablokowała usługi – zbanowani mieli problem już wcześniej. Po prostu któregoś dnia tracili dostęp do swojego konta, a wszystkie usługi firmy, od zakupów w sklepie, po możliwość oglądania filmów, przestawały działać. Powód? “Nie wiemy, ale niedługo rozwiążemy problem”, gdzie “niedługo” rozumie się jako “zbywać klienta, dopóki nie znudzi mu się drążenie sprawy”.
Przypomina to trochę przypadek szerzej już znanej sytuacji, w której Google zablokowało klientowi dostęp do wszystkich usług – powodując utratę zdjęć, kontaktów czy maili. Tutaj “zbrodnia” dokonana przez klienta była znana: w ramach teleporady ojciec ośmielił się wysłać lekarzowi zdjęcie zmian skórnych swojego dziecka, a Google uznało fotografię za CSAM (obraz przedstawiający wykorzystywanie seksualne nieletnich) i ukarać winowajcę.
Patrząc na rozwój elektromobilności i coraz większą rolę technologii w samochodach, warto zadać pytanie: czy ubezpieczyciel lub bank będzie mógł w przyszłości zdalnie zatrzymać samochód osoby zmierzającej do pracy czy lekarza, jeśli ta będzie zalegać z opłatą?
Tymczasem w dobie internetu rzeczy coraz więcej sprzętów łączymy z siecią. Mimo, że inteligentna pralka i tak nie rozwiesi prania, a inteligentna zmywarka sama nie załaduje naczyń – urządzenia smart zyskują na popularności, jawiąc się jako nowoczesne, a więc na pewno lepsze i ułatwiające użytkownikowi życie. W zamkach nieraz montuje się drzwi, które będzie można otworzyć tylko za pomocą aplikacji. Niektórzy nie wyobrażają sobie życia bez modnego robota kuchennego i jego książki kucharskiej oferowanej na abonament, czy bez lodówki smart sporządzającej listę zakupów. Jednocześnie korzystanie z tego wszystkiego jest zależne od dostępu do internetu (co dobitnie pokazały niedawne awarie AWS) i dobrej lub złej woli dostawców, uzależniających użytkowników od siebie.
„Wydział nasz, to znaczy administracja całego budynku, został zaprogramowany w sposób wykluczający możliwość świadczenia usług czy udzielania kredytu tak wyjątkowo żałosnym jednostkom jak pan, sir” – usłyszał bohater Ubika. Jeśli dalej będziemy zmierzać w tym kierunku, znajdziemy się w miejscu, w którym rzeczywiście bez uiszczenia dodatkowej opłaty nie będziemy mogli wyjść z domu czy otworzyć lodówki.
Piszę o ludziach, polityce cyfrowej, big techach i wpływie technologii na społeczeństwo. Wrzucam też cotygodniowe prasówki z tematyki cyfrowej i feministycznej. Jestem publicystką, feministką i świecką humanistką. Działałam w polskich indymediach. Współpracowałam z redakcją techspresso.cafe, publikowałam w serwisie szmer.info. Obecnie prowadzę blog pod adresem didleth.pl, ale jestem też otwarta na współpracę z innymi serwisami. Zachęcam do lektury i kontaktu! 🙂


