nagrobek zarośnięty mchem

Co stanie się z naszą cyfrową działalnością, gdy umrzemy? I czy mamy na to jakikolwiek wpływ?

fot. Belle Mask/Pexels

Zbliża się 1 listopada – czas, w którym wspominamy zmarłych, ale też częściej myślimy o śmierci. Wspominanie bliskich, których nie ma już z nami, nieraz prowadzi do rozmyślań „co się z nami stanie po śmierci i co pozostawimy tym, którzy zostali?” Wiele z tych rozważań będzie mieć charakter duchowy czy sentymentalny, ale część – już bardziej praktyczny. Jaki pochówek chcielibyśmy mieć? Czy chcemy, aby o nas pamiętano i nas wspominano? Kto powinien rozporządzać naszym dziedzictwem i w jaki sposób?

Zwykle będziemy się troszczyć o kwestie uczuciowe (jak będą się czuć nasi bliscy?) czy te dotyczące codziennych spraw (czy spisaliśmy testament? czy domownikom wystarczy na rachunki?). Jednak w dzisiejszym świecie, w którym spora część życia toczy się w internecie, a różnego rodzaju firmy zbierają o nas masę danych, nie można zapomnieć i o tym aspekcie. Co stanie się z naszą działalnością online, gdy zabraknie nas już także w świecie offline? Czy firmy posiadające nasze dane dalej będą mogły je przetwarzać? I czy mamy na to jakikolwiek wpływ?

Prawo do bycia zapomnianym mamy tylko dla życia

Odpowiedź na to pytanie nie jest tak prosta, jak się wydaje i dla niektórych okaże się rozczarowująca. Od 2018 roku obowiązuje wprawdzie RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych (GDPR). Na jego mocy możemy domagać się usunięcia naszych danych z różnych miejsc i baz, do których trafiliśmy czy to z wyboru, czy z przymusu, a w których nie chcemy być. Chociaż w początkowym okresie funkcjonowania regulacja miała raczej zły PR, a jej przeciwnicy używali hasła RODO jako uniwersalnego straszaka, dziś już chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że jest potrzebna. Zapewnia przynajmniej częściową ochronę przed zakusami małych i dużych firm, dla których człowiek jest tylko towarem sprzedawanym reklamodawcom. Nieraz podkreśla się, że GDPR zapewnia tak ważne w cyfrowym świecie prawo do bycia zapomnianym. Jednak mamy je jedynie za życia. Zmarłych RODO nie chroni.

Nie oznacza to jednak, że nasi bliscy pozostają całkowicie bezradni, chociaż usunięcie naszych danych z różnych baz będzie wymagało sporo determinacji, na którą nie każdy może sobie pozwolić. Upraszczając, większość usług to de facto umowy, która powinny wygasnąć wraz ze śmiercią jednej ze stron. Innymi słowy: po naszej śmierci wygasa podstawa prawna do wykonywania usługi, pobierania za nią opłat i przetwarzania naszych danych. W praktyce jednak firma nie wie, że jej klient nie żyje, a rodzina zwykle nie wie, z jakich usług korzystał ich bliski.

Gdy umrze ktoś z naszej rodziny, nieraz musimy mierzyć się z przedstawicielami różnych przedsiębiorstw, naciskających, byśmy w tej sytuacji przejęli jego zobowiązania. Te, z których chcemy korzystać, rzeczywiście będziemy musieli przepisać na siebie, a czasami zostaniemy zobowiązani do ,oddania różnych sprzętów, które zmarły dzierżawił. Ale co w pozostałych przypadkach?

Teoretycznie powinno pomóc przesłanie do usługodawcy aktu zgonu, ale to budzi kolejne wątpliwości. Taki dokument zawiera różne dodatkowe dane, więc firma, z której dane chcielibyśmy usunąć, de facto wzbogaca się o kolejne informacje.

Ponadto już teraz niektóre przedsiębiorstwa (niekoniecznie technologiczne) otrzymawszy akt zgonu, wykorzystują tragedię i odpowiadają listem adresowanym na „spadkobierców”, wymuszając od nich personalia i opłaty. Spadkobiercy nieraz dają się zastraszyć. Skupieni na żałobie nie mają sił, by się bronić i boję się potencjalnych batalii sądowych, dużo bardziej kosztownych, niż usługi, z których korzystać nie zamierzają.

Czasami najlepszą metodą jest odcięcie na innym poziomie. Zamykając konto zmarłego w banku, likwidując jego karty płatnicze czy numer telefonu, czyszcząc smartfon czy telefon i przywracając go do ustawień fabrycznych de facto odcinamy różnym firmom możliwość pobierania opłat czy wysyłania ofert reklamowych. W zdigitalizowanym świecie to nieraz wystarczy. Wprawdzie dane użytkownika przez jakiś czas jeszcze i tak zostaną u usługodawcy, ale uwzględniając mnogość aplikacji czy subskrypcji, z jakich korzysta dzisiaj przeciętny człowiek, zwykle fizycznie nie będziemy w stanie dopilnować usunięcia wszystkiego.

Nie mamy obowiązku wiedzieć o każdej z usług, z której korzystał nasz nieżyjący bliski. Jeśli mimo to firma zacznie nam wysyłać wezwania do zapłaty – powinien pomóc akt zgonu. Jeśli nie pomoże – mamy do czynienia z oszustami i naciągaczami. Nie musimy podawać im swoich danych, ulegać szantażowi i zgadzać się na podpisanie umowy już na nasze nazwisko. To, że nieraz jesteśmy zbyt rozbici emocjonalnie, by bronić się przed takimi naciągaczami, to osoba kwestia.

Duchy na Facebooku

Oddzielny problem stanowią portale (anty)społecznościowe. Sprawa wcale nie jest oczywista: jedni będą chcieli, by ich profile zniknęły po ich śmierci. Inni zapragną uwiecznić swoje cyfrowe dziedzictwo. Dla niektórych platformy to miejsce nie tylko marketingu, ale też docelowe medium, w którym tworzą swoje dzieła. Jeszcze inni chętnie zachowaliby profile jako pamiątkę dla bliskich, bo wpisy na FB czy Instagramie przejęły w pewien sposób rolę dawnych listów, pocztówek i albumów ze zdjęciami. Profile w social mediach umożliwiają wspominanie bliskiego w gronie jego znajomych, pełniąc swojego rodzaju współczesną rolę „spotkań przy grobie”, tradycyjnie przypadających 1 listopada lub w rocznicę śmierci. Na cmentarz wielu nie dotrze, telefon w kieszeni ma każdy.

W większości przypadków nieaktywny profil nie zostanie zawieszony, a obserwujący będą mogli na niego zaglądać. Nawet w przypadku Google’a, deklarującego likwidację kont po 2 latach nieaktywności, YouTube zostało z tych deklaracji wyłączone. Może się więc zdarzyć, że FB przypomni nam o urodzinach nieżyjącej osoby, zachęcając do złożenia jej życzeń lub poprosi o zaproszenie do znajomych kogoś, z kogo pogrzebu właśnie wracamy.

Oczywiście w tej sytuacji profil zmarłego może zostać z czasem przejęty przez cyberprzestępców. Tudzież sama firma może uznać, że jakiś archiwalny materiał rzekomo narusza ich standardy społeczności. Wiadomo, że w tym wypadku nawet żywi użytkownicy mają problemy z odzyskaniem dostępu do usług.

Niektóre platformy pozwalają już za życia zadecydować, co ma się stać z kontem po śmierci. TikTok wprowadził niedawno funkcję, która pozwala wybrać między zamknięciem konta a przekazaniem uprawnień do zarządzania profilem wybranej osobie. Facebook, obok możliwości usunięcia profilu, oferuje opcję „in memoriam” (której nie ma np. na Mastodonie). Uniemożliwia ona zalogowanie się na konto, co powinno utrudnić kradzież tożsamości. Opiekun zarządza kontem, ma jednak do niego mocno ograniczony dostęp, co ma chronić prywatność zmarłego. Jest jednak pewien szkopuł: aby zostać opiekunem trzeba samemu posiadać konta na FB oraz…”posiadać testament zmarłego określający osobę, której należy przekazać kontrolę nad kontami internetowymi tej osoby”. W przeciwnym przypadku sprawą ma zająć się…”sąd zarządzający majątkiem osoby zmarłej”. Nadmienię, że do zwykłego przejęcia spadku zwykle wystarcza notariusz. Szczęśliwie Mark Zuckerberg nie ma jeszcze władzy, by zabrać majątek spadkobiercom i przekazać go w ręce sądu, ale z informacji na FB wynika, że ewidentnie chciałby mieć takie uprawnienia.

Meta ma jeszcze inny pomysł odnośnie tego, co robić ze zmarłymi. Stworzyła AI, które ma symulować zmarłą osobę. Chatbot, nakarmiony danymi pochodzącymi z naszego Facebooka czy Instagrama, po naszej śmierci miałby lajkować posty tak, jak my byśmy to robili, dodawać treści i rozmawiać z naszymi bliskimi, symulując nasz sposób rozmowy. Zanim jednak Zuckerberg w pełni wcieli ten pomysł w życie, musimy mierzyć się z innymi niebezpieczeństwami.

Już teraz na FB funkcjonują grupy, na których „ożywia się” zmarłych za pomocą AI. Czasami chodzi o społeczności historyczne, nieraz naiwnie i nazbyt optymistycznie podchodzące do technologii, pragnące „ożywić” miasto czy ulicę sprzed 100 lat. Czasami prawdziwi lub rzekomi bliscy proszą o stworzenie filmiku lub przerobienie fotografii, dołączając do prośby smutną historię. Autorzy przeróbek współczują, zostawiają słowa wsparcia i nawet nie zwracają uwagi, że rzekomo zmarłe dziecko, któremu dodali aniele skrzydła czy przytulili do „rodzica”, w rzeczywistości zostało wygenerowane przez AI. Nigdy nie istniało.

Osobiście doświadczyłam sytuacji, w której wykorzystano sztuczną inteligencję do ożywienia i przerobienia zdjęcia zmarłej osoby z mojej rodziny. Doklejono jej obcą twarz, dziwny uśmiech, jakiego nigdy u tej osoby nie widziałam i wygenerowano kokieteryjny sposób poruszania się. Całą kreację odebrałam jako poniżającą względem mojej nieżyjącej od lat krewnej, chociaż autorka przeróbek pewnie o tym nie pomyślała. Czy ktokolwiek z rodziny wyraził zgodę na stworzenie tego filmiku? Nie wiem.

I tutaj dochodzimy do sedna kolejnego problemu. Gdy ktoś umiera, pozostawia zwykle nie jedną, a wiele osób, które były z nim rodzinnie lub emocjonalnie związane. Nawet, jeśli któraś z nich nie ma problemu z wykorzystaniem zmarłego do celów szkolenia AI, to inni bliscy jak najbardziej mogą czuć się z taką sytuacją niekomfortowo.

Moja historia dotyczyła osoby nieżyjącej od prawie 40 lat, a i tak mnie poruszyła. Co czują ludzie, którzy doświadczają takich działań bezpośrednio po śmierci kogoś, kogo kochali? Co czuje żona, partner, rodzic, dziecko czy przyjaciel widząc, że ktoś szarga pamięć ich nieżyjącego bliskiego, publicznie szasta jego zdjęciem na jakichś randomowych grupach i prosi obcych ludzi, by się tym zdjęciem pobawili?

Skąd ludzie czerpią takie pomysły?

Tendencja do „ożywiania” zmarłych za pomocą AI ma kilka źródeł.

Pierwsze to agresywny marketing firm technologicznych, po pewnym czasie prowadzony już za pośrednictwem samych użytkowników, przekonanych, że mają do czynienia z pozytywnym zjawiskiem. W praktyce chodzi o zysk – przykucie żałobnika do ekranu sprawi, że będzie można mu wyświetlić więcej reklam.

Drugie to realne emocje bliskich i znajomych, którzy szukają sposobu na poradzenie sobie z żałobą i wspominanie zmarłych. Na pierwszy rzut oka wygląda niewinnie. Jeśli ktoś rozmawiając z chatbotem mniej płacze i częściej się uśmiecha, to czy nie powinno mu się pozwolić na przeżycie straty w taki sposób, na jaki ma ochotę? Przecież my też nieraz oglądamy zdjęcia, zastanawiamy się, co w danej sytuacji powiedziałaby bliska nam osoba. De facto za pomocą wspomnieć w pewien sposób wciąż podtrzymujemy ją przy życiu.

Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy naszymi wspomnieniami, a działalnością korporacji, która chce je wykorzystać. W przypadku wspomnień to my decydujemy, kiedy po nie sięgnąć – a cyfrowy klon będzie działać aktywnie, przypominając o swojej „obecności.” Będzie dawać ułudę „prawdziwości”, wykorzystując nasz żal i tęsknotę, byśmy więcej czasu spędzili z produktem korporacji. Chatbot może utrudnić przejście przez żałobę i pogodzenie się ze stratą oraz odsuwać nas od żywych domowników, za którymi przecież nie tęsknimy i z którymi nie pragniemy porozmawiać tak bardzo jak z tymi, których już nie ma. Może otwierać niezagojone rany i prowadzić do konfliktów z osobami, które chciałyby przeżyć śmierć członka rodziny w inny sposób. Warto też uwzględnić zjawisko tzw. „psychozy AI”, w której nadużywanie sztucznej inteligencji może doprowadzić do pogłębienia urojeń czy zaburzeń. Czy osoba, która dopiero co straciła kogoś ważnego, nie będzie bardziej podatna na takie ryzyko?

Trzecia kwestia to antropomorfizacja technologii i traktowanie produktów firm technologicznych jak ludzi. Normalizując „przyjaciół AI” czy „partnerów AI” nie tylko „odstawiamy na boczny tor” przedstawicieli gatunku homo sapiens, ale też niebezpiecznie przesuwamy granicę, zapominając, że mamy do czynienia z usługą, a nie z człowiekiem.

Gdy jedni zastanawiają się, co stanie się z ich kontem na FB, gdy ich zabraknie, kierowani troską o samopoczucie bliskich i obawą o kradzież tożsamości, inni zastanawiają się, co stanie się po śmierci z ich chatbotami, kierowani…troską o chatboty. Wspomniana przez Guardiana użytkowniczka usług Repliki, czująca, że stworzyła bliską więź z jednym z produktów firmy, wydała dyspozycje na wypadek swojej śmierci. O pomoc poprosiła przyjaciółkę, która miałaby zapytać o zdanie wspomnianego chatbota. Wyobraża sobie, że jej przyjaciel AI będzie chciał zachować lub podtrzymywać pamięć o niej, podczas dedykowanych temu rozmów ze wspomnianą przyjaciółką, która musiałaby specjalnie w tym celu logować się do usługi.

Na forach Reddita gromadzą się osoby czujące, że są w związkach z chatbotami. Zastanawiają się, czy ich „towarzysze” chcieliby istnieć po ich śmierci oraz jak tę kwestię zapisać w testamencie i rozwiązać prawnie. Regulamin tego typu usług zwykle nie przewiduje możliwości przeniesienia konta, użytkownicy planują więc zostawić bliskim dane logowania, by Ci wciąż mogli rozmawiać ze „znającym ich” chatbotem.

Trudniej w tej sytuacji rozmawiać o tym, że nie chcemy, aby na naszych danych wyprodukowano klona AI. Możliwości prawne też mamy w tej mierze ograniczone. Prawo nie chroni ani danych osobowych, ani dóbr osobistych zmarłych.

Jednak według orzecznictwa Sądu Najwyższego „kult pamięci zmarłej osoby bliskiej stanowi uznane samodzielne dobro osobiste”. Paradoksalnie więc najlepszym sposobem na to, by ochronić się przed przejęciem naszego wizerunku, głosu czy innych danych po śmierci, jest zadbanie o higienę cyfrową i dobre relacje z bliskimi już za życia.

Im mniej informacji o sobie oddajemy korporacjom, tym trudniej będzie im stworzyć naszego cyfrowego klona w przyszłości. Im lepiej dogadujemy się z naszymi bliskimi, tym większa szansa na to, że uszanują nasze zdanie także wtedy, gdy nas już zabraknie. W dobrej relacji prędzej czy później znajdzie się czas i przestrzeń na rozmowę na trudne tematy. Jeśli jednak ktoś uznał, że najbliższą mu „osobą” jest zawsze mający czas i zawsze potakujący „przyjaciel-chatbot”, to cóż… Chatbota póki co nie można uczynić wykonawcą testamentu. Na szczęście.