W ostatnim tygodniu pojawiły się nawoływania, aby walczyć z przemocą w szkołach, stosując bramki czy przeszukania plecaków. Dlaczego to zły pomysł?

fot. Pew Nguyen/Pexels
Ten tekst w zasadzie nigdy nie powinien powstać, bo nie powinna istnieć przyczyna jego napisania. Mam pewien dysonans poznawczy. Czuję się trochę, jakbym miała napisać coś poziomu “Kici Koci” – książeczki tłumaczącej świat przedszkolakom, które miewają dziwne pomysły czy dylematy, ale nie mają złych intencji. Tyle, że piszę go dla ludzi dorosłych, próbując im wytłumaczyć rzeczy, które dla dorosłych powinny być oczywiste. I mam bardzo smutną refleksję związaną z tym, jak nisko upadło nasze społeczeństwo. O tym, że zastraszonym społeczeństwem łatwiej jest sterować, że ludzie w emocjach robią czy mówią różne dziwne rzeczy, że Polacy generalnie “nienawidzą dzieci” – wiedziałam. Ale żeby aż tak?
W temat ostatnich ataków nie zamierzam się bardziej zagłębiać – po pierwsze z szacunku do osób, których sprawa dotyczy, po drugie – za dobrze wiem, jak działa efekt Wertera. Przekieruję za to do wpisu Tomasza Terlikowskiego, z którym wprawdzie nieraz się nie zgadzam, ale tym razem śmiało mogę polecić jego wypowiedź: stonowaną i uwzględniającą szerszy kontekst, zamiast modnego w internecie wskazywania jedynych prawdziwych winnych i jedynych słusznych rozwiązań.
To właśnie te proponowane wszem i wobec rozwiązania są niepokojące. Teksty o “hodowanych” czy “wychowanych bezstresowo” dzieciach słyszę w zasadzie od zawsze, ilekroć gdzieś niemowlę ośmieli się zapłakać, dwulatek urządzić histerię o zabawkę lub oddalić się na rowerku biegowym, a trzylatek – krzyczeć lub biegać itp. Dzieci w powszechnej opinii społecznej mają być jedynie środkiem na rozwiązanie problemów demograficznych, a nie żywymi ludźmi. Nic więc dziwnego, że w opinii społeczeństwa uważającego płacz niemowlęcia za znak niewydolności wychowawczej rodziców, dzieci szkolne budzą jeszcze większą agresję.
Anna Dryjańska zauważyła, nie bez racji: “Gdyby nie byli Polakami, internet krzyczałby, że trzeba deportować ich wszystkich. Gdyby nie byli biali, w miasto ruszyłyby bojówki nazioli. Gdyby nie byli katolikami, powszechnie by uznano, że to zamachowcy.” Mogła się jednak pomylić w kolejnym zdaniu: “Nasi mali terroryści są jednak nasi, a to znaczy, że odpowiedzialności zbiorowej nie będzie.” “Naród” domaga się bowiem poniesienia odpowiedzialności zbiorowej. Tyle, że nie przez całą grupę narodową czy wyznaniową, lecz demograficzną.
Nie pisałabym tego artykułu, gdybym komentarze, nawołujące do łamania praw człowieka w imię szacunku do nauczycieli, widziała jedynie u randomowych ludzi z internetu, którzy sami nauczycieli nie szanują (i to do tego stopnia, że nie używają nawet znaków interpunkcyjnych czy wielkich liter na początku zdania). Ich bełkot nieraz trudno jest zrozumieć, trudno jest więc zareagować – i można co najwyżej zadumać się nad tym, że to pełnoprawni obywatele z pełnią praw wyborczych. Nie są jednak tak opiniotwórczy, jak dziennikarze, publicyści czy inne osoby z dużymi kontami. A narrację o “hodowanych dzieciach” oraz “bramkach i przeszukiwaniu plecaków” jako remedium na szkolną przemoc, widziałam także w tekstach tych ostatnich. I to był ten moment, w którym uznałam, że chyba jednak trzeba wytłumaczyć, dlaczego białe jest białe.
Dlaczego więc rozwiązania typu “bramki na wejściu, ochroniarze, przeszukiwanie dzieciakom plecaków” itd., nie rozwiążą problemów szkolnej przemocy? Pomijając oczywiste “jeśli ktoś chce kogoś skrzywdzić i nie będzie mógł przynieść do szkoły noża, to znajdzie inny sposób”?
Przede wszystkim dlatego, że całe rozwiązanie sprowadza się do “traktujmy każdego ucznia jak kryminalistę”, zamiast do pochylenia się nad prawdziwymi problemami czy to polskiej edukacji, czy przemocy wśród nieletnich, czy kondycji społecznej w ogóle.
Tragedia i statystyka
Patrząc z dystansu: statystyczny Polak nie ginie w szkole. Za większość zgonów odpowiadają choroby układu krążenia i nowotwory. Statystycznie istnieje dużo większa szansa na to, że obywatel umrze nie doczekując się zabiegu na NFZ czy nie mając siły i zasobów, by dbać o swoje zdrowie. Te słynne kontrowersyjne (chociaż kontrowersji budzić nie powinny), roślinne obiady mają szansę w dłuższej perspektywie uratować więcej żyć, niż bramka na wejściu do szkoły. Jeśli dzieciaki od małego podłapią zasady zdrowego odżywiania, jest mniejsze prawdopodobieństwo, że w przyszłości zapadną na choroby cywilizacyjne. Ale taka narracja wymaga perspektywicznego myślenia, a nie szukania kozła ofiarnego w pogoni za lajkami.
Śmierć z powodu tzw. przyczyn zewnętrznych to mniejszość. Jak czytamy w raporcie GUS : “W latach 1990–2024 nastąpił znaczny spadek natężenia zgonów spowodowanych czynnikami zewnętrznymi – dla obu płci zmniejszyło się ono o około połowę.”
Wśród tych przyczyn zewnętrznych też nie dominuje atak szkolnego nożownika, a samobójstwa, upadki czy wypadki komunikacyjne. W 2025 na polskich drogach zginęło 1 660 osób, a 24 590 zostało rannych.
Podobno “gdy ginie 1 człowiek, to tragedia, gdy ginie ich milion, to już tylko statystyka”. Te słowa Kurta Tucholsky’ego przypisywane są nieraz Stalinowi – i jest coś symbolicznego w tym, że właśnie teraz wielu domaga się rozwiązań kojarzonych raczej z pomysłami totalitarystów, niż z demokracją. Wykorzystują tragedię kilku rodzin, by uderzyć we wszystkich polskich uczniów.
Tragedie innych osób, mniej medialne, już ich nie obchodzą. Wielu z internetowych krzykaczy to kierowcy – ale jakoś nie domagają się, by ktoś codziennie sprawdzał stan ich samochodu, przeszukiwał zawartość bagażnika i kontrolował trzeźwość. A przecież jest dużo większe prawdopodobieństwo, ze to właśnie oni będą sprawcami kolejnej tragedii. Wszystkim zwolennikom bramek w szkołach proponuję, by chociaż przez miesiąc, dzień w dzień, zanim wsiądą za kółko, odstali 1 czy 2 godziny przed komisariatem, a następnie weszli przebadać się alkomatem. Nie chcecie? Uważacie, że to strata czasu? Że przecież sami wiecie, że jesteście trzeźwi? Nie chcecie marznąć i moknąć w deszczu? Cóż, jeśli tak, to wedle waszej własnej logiki dowiedliście właśnie, że rodzice was co najwyżej hodowali, zamiast wychowywać.
Co w praktyce oznaczają bramki w szkołach?
Najczęstszą nienaturalną przyczyną śmierci są samobójstwa – czy naprawdę nikt nie pomyślał o tym, że nadkontrola w szkołach może zwiększyć ich liczbę?
Miałam nieprzyjemność przechodzić przez różne bramki czy kontrole bezpieczeństwa. Szczęśliwie już jako osoba dorosła. W najlepszym przypadku wywołuje to dyskomfort, w gorszym – odziera z godności. Siłą rzeczy przy wprowadzeniu bramek w szkołach dokładniejszym kontrolom będą poddawane osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich zawierających metalowe części, uczennice i uczniowie z metalowymi implantami (jeśli bramki będą wrażliwsze), biżuterią oraz Ci, którzy z jakiegoś powodu podpadną dyrekcji lub spodobają się ochroniarzowi. Chyba każda kobieta, która była kiedyś młoda, wie, jak wygląda kontrola w takiej sytuacji. Panom uświadomię: obmacuje się tak, żeby łapać tam, gdzie żadna kobieta czy młoda dziewczyna nie chce być przez obcego faceta obmacywana i argumentuje się to kwestiami bezpieczeństwa – no bo przecież nie wiadomo, czy nie schowała czegoś niebezpiecznego w biustonoszu czy kieszeniach spodni.
Przy przeszukaniu plecaków robi się jeszcze ciekawiej. Przeciętna szkoła raczej nie ma na wejściu osobnego pokoju przeszukań – więc cały proceder działby się na oczach innych uczniów. Przypadkowe osoby, łącznie ze szkolnymi agresorami, wiedziałyby, w której kieszeni uczennica nosi portfel, w której pamiętnik, w której tabletki antykoncepcyjne – oraz to, że w ogóle takie środki posiada, więc to oznacza, że zapewne już współżyje. Jeśli dziewczyna miałaby szczęście – skończyłoby się na kąśliwych uwagach rówieśników. Jeśli mniej szczęścia – wyobraźcie sobie, że przy takim przeszukaniu jest szkolny złodziejaszek, nieżyczliwa koleżanka lub dyżurujący katecheta i resztę dopowiedzcie sobie sami.
Z przywoływaną wszem i wobec kontrolą lotniskową nie da się tego porównać z bardzo prostego powodu: nie ma obowiązku latania codziennie samolotami. Sama do tej pory nie dałam się na to namówić i proces kontroli lotniskowej jest jedną z przyczyn, dla których nie mam ochoty korzystać z tego środka transportu. Organizuję sobie życie w ten sposób, by nie musieć korzystać z usług lotniskowych. Nikt mnie za to nie zamknie w ośrodku wychowawczym – a to właśnie groziłoby uczniowi, który chcąc uniknąć upokarzających procedur, nie realizowałby obowiązku szkolnego. Wszach dostępna dla niektórych alternatywa w postaci edukacji domowej też nie cieszy się ostatnio w mediach dobrą opinią.
Dzieci są dziećmi, nie terrorystami
Czy w plecaku ucznia będzie można też znaleźć niebezpieczne narzędzie? Nieraz tak. Młodzież zawsze miała dziwne pomysły, zawsze lubiła się popisywać i zarażała tym innych. Po prostu środki przekazu były inne, więc gdy jakiś 8latek znalazł niebezpieczny przedmiot i przyniósł go do szkoły, kończyło się co najwyżej apelem, a nie medialną ogólnopolską aferą. Jeśli uczeń w klasach I-III zachowywał się agresywnie, nie wzywano mediów, a rodziców, z zaleceniem zdiagnozowania potomstwa. Jeśli w starszych klasach uczeń naprawdę przesadził – wkraczały (skutecznie lub nie) państwowe instytucje, a nie facebookowi znawcy. I chociaż szkoły nieraz ignorowały problemy i zamiatały je pod dywan, to teraz wpadły w drugą skrajność: bo czy naprawdę trzeba nasyłać policję na 7-8letnie dzieci?
Przemoc w szkole nie jest niczym nowym – co przypomniała Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę. Można by zająć się problemem u podstaw i skupić na jego złożonych przyczynach. Zapobiegać, zamiast leczyć. Zamiast tego proponuje się więcej nadzoru i technologiczne rozwiązania: więcej AI (niektóre szkoły za pomocą wygenerowanych komunikatów próbują uspokoić uczniów i rodziców – których najwyraźniej nie uważają nawet za dość godnych rozmowy z żywym człowiekiem), kamer, bramki, skanery i kontrole. To jak leczyć dużą i głęboką ranę przy pomocy małego plasterka, i to takiego nasączonego octem. A gdy pacjent krzyknie – zarzucić mu, że rodzice źle go wychowali.
Jest też inna rzecz, która komentariatowi, tęskniącemu za dawnymi czasami, umyka. Kiedyś też dzieciaki zachowywały się w sposób ryzykowny i niebezpieczny, też przynosiły do szkoły dziwne przedmioty. I wciąż przynoszą. Jednak, wbrew wszystkowiedzącym publicystom, widzącym tylko “dzieci z nosem w smartfonie”, niebezpieczne rzeczy znajdziemy w plecakach tych, którzy weekend spędzili na łonie natury: na wycieczce, biwaku czy ognisku. Ostrzyli “niebezpiecznym” scyzorykiem patyk do kiełbaski, a potem zapomnieli wyjąć narzędzie z plecaka. Znam tego typu historii na pęczki: zwykle albo nauczyciele w ogóle się nie orientowali, albo (jeśli dziecko wyjęło swój skarb chcąc się pochwalić koledze) rekwirowali scyzoryk i oddawali rodzicowi przy uczulająco-pouczającej rozmowie. Gdyby któraś z tych historii wydarzyła się w tym tygodniu, małe zuchy i biwakowicze zostałyby wrzucone do jednego worka z nożownikami, a dorośli wykształceni ludzie z dużymi nazwiskami publicznie zarzucaliby maluchom, które nieraz jeszcze nie posiadają smartfona, że za dużo czasu spędzają na TikToku.
Ja sama z kolei nieraz noszę przy sobie mały multitool: jego kombinerki są idealnej wielkości, by chwycić konwerter, często blokujący mi się w piórze. Gdybym była współczesną natolatką, doczekałabym się wezwania służb, de facto za zbrodnię przedkładania pióra wiecznego nad długopis. Szczęśliwie chodziłam do szkoły w czasach, gdy hejt względem młodzieży był dużo mniejszy. Noży wtedy nie nosiłam, za to mój plecak ważył tyle, że zrzucony z wysokości z pewnością mógłby kogoś uszkodzić. I chociaż zdarzali się nauczyciele, którzy jego wagę komentowali – to robili to z troski o mój kręgosłup, a nie z chęci zrobienia za mnie kryminalistki i wzywania policji. Jedna z nauczycielek, w ramach przygotowań do jakiegoś szkolnego przedstawienia, rozdała nam kiedyś nożyki do tapet, a my przez wiele godziny wycinaliśmy lampiony. Ciekawa jestem, kogo wzięliby na cel dzisiejsi znawcy problemów polskiej edukacji: nauczycielkę, która udostępniła broń uczniom, czy nas – nastolatki, które otwarcie używały w szkole ostrzy.
Dlaczego dziś taki wiele osób uwzięło się na to, by pod pretekstem bezpieczeństwa odebrać dzieciakom prawa człowieka? M. in. dlatego, że taki temat dominuje w mediach i na platformach antyspołecznościowych, bo przez to łatwiej powiedzieć dziecku “trzeba ci odebrać godność i prywatność, dla twojego bezpieczeństwa” – niż go wysłuchać, niż naciskać na polityków, by zajęli się rozwiązaniami systemowymi. Bo łatwiej jest nakręcać spiralę strachu, która na FB zbierze dużo lajków, a publikującym zapewni popularność.
Niektórzy zapewne realnie się boją, ulegając społecznym nastrojom. Ale jeśli boją się posłać dziecko do szkoły, a nie boją wypuścić na statystycznie bardziej śmiercionośne przejście dla pieszych, to jednak coś tu jest nie tak.
W polskich szkołach uczy się ok 4,8 mln uczniów. Zdecydowana większość z nich nie planuje morderstwa. Mają różne charaktery i problemy, lepsze i trudniejsze dni, plany i nadzieje, lepsze i gorsze pomysły. Na co dzień stykają się z różnymi formami przemocy: jako jej ofiary, sprawcy, a nieraz (co rzadko rodzice dostrzegają) jako sprawcy i ofiary jednocześnie. Każdego dnia próbują przetrwać. Potrzebują w tym pomocy, wsparcia i zrozumienia, a nie kamer, bramek i trzepania plecaków.
Można winić polityków za stan polskiej szkoły, a media i platformy za sianie paniki – ale mamy wpływ na to, czy tej panice ulegniemy, czy nie. Jeśli rodzic bardziej ufa publicyście z internetu nawołującemu do odebrania dziecku praw niż własnemu dziecku, które nie chce być traktowane jak terrorysta, jeśli sam nawołuje do nadkontroli – to już nie wina social mediów, a poświęcania dobra własnego dziecka dla lajków w internecie.
Piszę o ludziach, polityce cyfrowej, big techach i wpływie technologii na społeczeństwo. Wrzucam też cotygodniowe prasówki z tematyki cyfrowej i feministycznej. Jestem publicystką, feministką i świecką humanistką. Działałam w polskich indymediach. Współpracowałam z redakcją techspresso.cafe, publikowałam w serwisie szmer.info. Obecnie prowadzę blog pod adresem didleth.pl, ale jestem też otwarta na współpracę z innymi serwisami. Zachęcam do lektury i kontaktu! 🙂


