Czy musimy rezygnować z social mediów, dbać o higienę internetową i wypełniać wszelkie inne nakazy internetowych ekspertów?

fot. Thought Catalog/Unsplash
Ten wpis może niektórych zaskoczyć. Jako osoba krytycznie podchodząca do komercyjnych “social mediów” (tak, wiem, że to bardziej platformy antyspołecznościowe, niż media społecznościowe – ale z różnych względów pozostaję póki co przy starym nazewnictwie), sprzeciwiająca się sharentingowi, przejmująca się ochroną prywatności czy higieną cyfrową – z automatu staję się częścią pewnej bańki. Czy wypada mi używać nieszyfrowanego komunikatora, logować się na X/twitterze czy spędzać niedzielne popołudnie przy ekranie i – o zgrozo – otwarcie się do tego przyznawać?
Jestem przecież kimś “świadomym”, od kogo środowisko wymaga nie tylko zachowania pewnych standardów, ale też przekonywania do tego innych. Dlatego moje zachowanie nieraz budzi oburzenie wśród tzw. “apologetów jednej sprawy”. Myślę, że można w ten sposób nazwać osoby, które z religijnym wręcz zacięciem przekonują innych do swoich racji. Wbrew pozorom nie chodzi jednak o to, że racji nie mają.
Jest przecież mnóstwo argumentów za tym, by nie używać usług i produktów wielkich korporacji technologicznych – od dbania o własny dobrostan psychiczny, po odcięcie się od firm, które mają wiele na sumieniu. Można ograniczyć się do fediwersum lub zrezygnować z mediów społecznościowych w ogóle – czyniąc swoje życie szczęśliwszym, a sumienie spokojniejszym.
Nawracanie na jedyną słuszną bańkę
Co niektórzy idą jednak dalej: przekonują na LinkedInie, jak zdemoralizowani są użytkownicy Instragrama czy Facebooka, a niektórzy fani BlueSky odsądzają od czci i wiary użytkowników X/twittera. Radykalni zwolennicy prywatnych komunikatorów nie tylko sami unikają mniej bezpiecznych usług czy osób przedkładających Messengera nad Signala, ale też zachęcają innych do tego samego. Nawołują, by zerwać kontakty ze wszystkimi ludźmi, którzy popełniają “zbrodnię” korzystania z niebezpiecznej komunikacji. “Jeśli komuś realnie zależy na kontakcie z Tobą, to Cię zrozumie i się dostosuje” – argumentują. Nie widzą w swoim postępowaniu niczego sekciarskiego – przecież propagują tylko bezpieczeństwo, a nie jakąś religię!
To samo dotyczy jednak wszystkich innych baniek. Niejednokrotnie przeczytamy czy usłyszymy, że bezwzględnie, dla dobra naszego, dzieci, zwierząt, grup (realnie lub nie) marginalizowanych, narodu, państwa czy planety, powinniśmy zmienić nasze nawyki lub styl życia, zrezygnować z danych produktów czy usług na rzecz tych polecanych przez ludzi, którzy nas do tego przekonują. A jeśli ktoś ośmieli się żyć normalnie i po swojemu, przez apologetów “jedynej słusznej” sprawy zostanie odsądzony od czci i wiary, ewentualnie określony mianem egoisty, którego nic nie obchodzi.
W ten oto sposób windowsiarze obrywają od linuksiarzy, mięsożercy od wegetarian, a Ci od wegan, bezdzietni od dzieciatych, a Ci z jednym dzieckiem od tych z większą ich ilością, poważni od lekkoduchów, introwertycy od ekstrawertyków, Ci z biało-czerwoną przypinką od tych z tęczową przypinką (a i tym z obiema przypinkami lub bez żadnej też się dostanie), wybierający transport publiczny od tych preferujących samochód, ateiści od katolików, mieszkający na wsi od tych mieszkających w miastach – i, w praktycznie w każdym z omawianych przypadków, vice versa. Można dzisiaj zostać zruganym zarówno za to, że się nie odezwało, jak i za to, że się odezwało w nieodpowiednim momencie czy w niewłaściwy sposób, za wyrażenie swojego zdania, jak i za brak opinii w danym temacie.
Na polskim gruncie dochodzi wychowanie w kulturze walki o swoje. Obywatel od małego jest uczony, że państwo będzie nim pomiatać, jeśli się nie postawi, nie wyawanturuje i nie zawalczy o swoje prawa. Nauczyciele, pracownicy systemu zdrowia czy urzędnicy z empatycznym podejściem wprawdzie się zdarzają – jednak wciąż stanowią kroplę w morzu potrzeb.
W wielu przypadkach także sytuacja w rodzinie, szkole czy pracy stawia człowieka przed wyborem: z uporem i wbrew woli innych stawiać na swoim (co u mężczyzn jest określane jako zdecydowanie i asertywność, u kobiet – jako niegrzeczność czy histeryzowanie) – lub być ofiarą upokarzania czy poniżania.
Nic dziwnego, że potem czujemy nieustanną potrzebę walki o swoje przekonania, a odmienną perspektywę traktujemy jako atak. W sposób naturalny chcemy bronić czy własnych racji i interesów, czy też działań na rzecz grupy, która w jakiś sposób jest nam bliska. Życie nauczyło nas, że to nieraz jedyny sposób, by osiągnąć cel. Z takiej pozycji wdajemy się w różne spory – czy to przy świątecznym stole, czy na grupach w internecie. Czy chodzi o wyższość jednej partii politycznej nad drugą, obecność w social mediach lub jej brak, czy jedyny słuszny model rodziny – to już kwesta drugorzędna.
Liczy się tylko to, by przekonać innych do swoich racji. Skoro ktoś nie podziela naszego podejścia, to w najlepszym wypadku – jest nieświadomym ignorantem, w gorszym – kimś świadomie ignorującym bezpieczeństwo, normy zdrowotne lub etyczne czy zdrowy rozsądek.
Co umyka internetowym „ekspertom”?
Apologeci nie patrzą przy tym, jak bardzo ich zachowanie jest nietaktowne i stanowi przekroczenie granic. Ci zatroskani demografią będą traktować kobiety przedmiotowo i instruować ich mężów, Ci wkręceni w klimaty fitness – hejtować osoby z nie dość płaskim i umięśnionym brzuszkiem. Patokierowcy posuną się nawet do nagonki na uczniów, którzy ulegli wypadkowi idąc do szkoły i na ich rodziców. Bo dlaczego dzieciak przechodził przez pasy w pobliżu podstawówki? Kierowca ma prawo się spieszyć, a gdyby rodzice dbali o bezpieczeństwo dziecka i odstawili je samochodem pod drzwi szkoły, nic by się nie stało! – przeczytałam kiedyś w komentarzach na jednej z lokalnych forów.
Z tego typu komunikatami zetkniemy się zarówno w świecie offline, podczas imprez, jak i w świecie online, na różnych forach czy grupach. W grupach dodatkowo zadziała instynkt stadny – ważniejsza od faktów okaże się chęć wpisania się w obowiązujące w danej bańce trendy oraz potrzeba przypodobania się, formalnym lub nie, liderom danej społeczności.
Zdarza mi się czasem brać udział w jakiejś internetowej wymianie zdań, która źle się potoczy, albo interweniować w samym środku dyskusji, gdy widzę, że ta zmierza w niepokojącym kierunku: rzuca się oskarżenia nie znając faktów, tudzież krytykę zachowania danej osoby łączy się z kryteriami typu pochodzenie, kolor skóry czy narodowość, tak, aby niechęć wobec jednego człowieka rozciągnąć na całą rzeszę niepowiązanych ze sprawą ludzi. Kiedyś tego typu interwencje rzeczywiście bywały skuteczne. To było jednak ponad 20 lat temu – gdy ludzi interesowały realne rozwiązania, a nie skakanie sobie do gardeł.
Brakuje zrozumienia i empatii. Zamiast tego pojawia się chęć wyładowania emocji, silniejszy niż w realu instynkt stadny oraz założenie, że druga osoba ma złe zamiary.
Granica między zwykłą dyskusją a nagonką jest bardzo cienka. Czasem trudno wyczuć, kiedy zwrócenie uwagi zostanie potraktowane jako troska, a kiedy jako zwykły nietakt. Czasami jednak jej przekroczenie jest widoczne aż nadto: gdy ktoś hejtuje, wyśmiewa, wyzywa, szuka pretekstu do hejtu zamiast skupić się na meritum lub nakręca się widząc, że druga osoba nie ma ochoty kontynuować dyskusji.
Osobiście przyznaję się do korzystania z komercyjnych social mediów. Wiem, że poradzę sobie ze skalą potencjalnej krytyki. Nie odważyłabym się jednak dodać ogłoszenia o tym, że szukam domu dla kota, lub że jadąc z dzieckiem do lekarza widziałam konkretnego, wałęsającego się psa. Kanapowi eksperci od razu wylaliby na mnie wiadro pomyj, a jeśli miałabym mniej szczęścia, wypomniano by mi dane ogłoszenie także kilka lat później.
Apologetom jednej sprawy umyka kilka podstawowych kwestii. Po pierwsze – to, że oni podjęli konkretną decyzję odnośnie swoich wyborów konsumenckich, religii czy stylu życia nie oznacza, że wszyscy inni muszą iść w ich ślady. Część będzie wyznawać inne wartości, część deklaratywnie te same – ale będzie mieć inną sytuację i inaczej ułożone priorytety. To naturalne, że ludzie się różnią. W internecie brakuje jednak zrozumienia dla tak prostej kwestii.
Po drugie – należałoby zadać sobie pytanie, na ile takie nawracanie na “jedyną słuszną” opcję stanowi realną troskę o drugiego człowieka, a na ile jest jedynie maskowaniem jakichś własnych problemów. Czym innym będzie propagowanie danej idei poprzez dawanie przykładu, czym innym – narzucanie go innym, nieraz wbrew ich woli.
Po trzecie – nadgorliwi zwolennicy jednej idei nie patrzą na to, że sami nawalają na innych polach. Przykład może stanowić jedna z parentingowych influencerek. Publicznie, korzystając z zasięgów, ostro zrugała widzianą w lekarskiej poczekalni matką dziecka, która dała mu telefon do ręki. Influencerka oceniła jednostkową sytuację obcej osoby – sama jednak nie widziała absolutnie nic złego w tym, że sama żywi swoje dziecko fast-foodami i nie tylko publikuje jego wizerunek w internecie, ale także szczegółowo opisuje wszelkie jego problemy.
Obrona własnych racji, czy zwykłe inbiarstwo?
Ludzie są dzisiaj krytykowani w internecie za ujawnianie swoich danych – bo przez to sprzedają się na tacy korporacjom i narażają na niebezpieczeństwo, ale również za ich nieujawnianie- bo to ponoć świadczy o tchórzostwie i złych zamiarach.
Niezliczoną ilość razy słyszałam, że jeśli ktoś zakłada konto na Instagramie, to de facto sam pozbawia się prywatności. Ofiary scamów, deepfejków czy innych nadużyć oskarżane są o to, że same są sobie winne – mogły przecież nie ujawniać o sobie tylu informacji w internecie. Naprawdę? A czym różni się to od zrzucania winy na ofiarę gwałtu, która wcześniej piła alkohol?
Co więcej – niejednokrotnie spotykałam się z sytuacją, w której ktoś kreujący się na świętego w internecie, de facto zaprzeczał swoim słowom poprzez zachowanie w prawdziwym życiu czy…poprzez komentarz napisany godzinę później. Może więc tak naprawdę nie chodzi o promowanie zdrowego żywienia, religii, praw kobiet czy ekologii – a o kręcenie inby dla samego kręcenia inby?
Mosty zamiast murów
Silna niechęć czy pogarda wobec cudzego stylu życia istniały już przed internetem. Social media jednak zaogniły istniejący od zawsze problem. Spotkania w większym gronie krewnych czy znajomych odbywają się z mniejszą lub większą regularnością – ale jednak z przerwami. Jeśli o coś posprzeczamy się w ciągu 2 godzin – do następnego spotkania zdążymy ochłonąć.
W sieci jesteśmy non stop – nie ma więc czasu na wyciszenie. Dodatkowo algorytmy podrzucają nam głównie polaryzujące treści, których nie chcemy widzieć lub sieją panikę, żebyśmy ciągle żyli w strachu. A to tworzy syndrom oblężonej twierdzi i jeszcze większe poczucie zagrożenia. Dając sobie prawo do pouczania i straszenia innych, odbieramy prawo do normalności – sobie i im.
A przecież jesteśmy tylko ludźmi, którzy mają różne sytuacje, warunki, potrzeby i priorytety, którzy miewają lepsze i gorsze dni. Dla wszystkich będzie lepiej, jeśli spojrzymy na innych wyrozumialej. Zanim skrytykujemy kogoś za jego, nieetyczny w naszym mniemaniu, wybór, odstający od standardów naszej bańki, uwzględnijmy, że sami też nie jesteśmy idealni. Każdy z nas de facto żyje kosztem innych i jest w pewnym sensie egoistą. Nawet, jeśli działa aktywnie w jednym obszarze – to zaniedbuje inne. Inaczej się po prostu nie da.
Co więcej, w praktyce nieraz okaże się, że gdy potrzebna jest realna pomoc, wykraczająca poza lajki, deklaracje i krzyczenie w internecie, to…na bańkę nie można liczyć. Bańki (nieważne, czy będzie chodziło u dużą rodzinę gardłującą o wartościach rodzinnych wszem i wobec, czy o grupę na FB) mają wiele wspólnego z partiami politycznymi w trakcie kampanii wyborczej. Wiele deklarują – licząc na przekonanie nieprzekonanych, nie mają jednak zamiaru się z tych obietnic wywiązywać. W praktyce nieraz katolik pomoże ateiście, użytkownik fediwersum – instagramerowi, a wyborca PO – wyborcy PiSu i vice versa. Jako ludzie jesteśmy kimś znacznie więcej, niż zwolennikami danego stylu życia czy ideologii.
W praktyce ważniejsze od tego, jakie człowiek deklaruje poglądy w internecie, może się okazać to, czy w prawdziwym życiu buduje mury, czy mosty. I jeśli zależy nam na tworzeniu mniej polaryzujących, bardziej przyjaznych social mediów – to właśnie na budowaniu mostów powinniśmy się skupić.
Większość ludzi przekonuje do tego, w co wierzy, niezobowiązującą rozmową czy własnym przykładem. Ci, którzy komentują każdy wpis swoją wersją “Ceterum censeo Carthaginem esse delendam” wcale nie stanowią większości. Po prostu krzyczą najgłośniej. Nie pozwólmy im, by wpędzali nas w wyrzuty sumienia lub zniechęcili do aktywności w internecie. Mogą głośno krzyczeć – ale nie dajmy sobie odebrać prawa do normalności.
Piszę o ludziach, polityce cyfrowej, big techach i wpływie technologii na społeczeństwo. Wrzucam też cotygodniowe prasówki z tematyki cyfrowej i feministycznej. Jestem publicystką, feministką i świecką humanistką. Działałam w polskich indymediach. Współpracowałam z redakcją techspresso.cafe, publikowałam w serwisie szmer.info. Obecnie prowadzę blog pod adresem didleth.pl, ale jestem też otwarta na współpracę z innymi serwisami. Zachęcam do lektury i kontaktu! 🙂


