Współczesne dzieci mają wszystko. Ale czy są przez to szczęśliwsze?

fot. Kampus Production/Pexels
Dziś Dzień Dziecka – święto, w którym najmłodsi powinni poczuć się wyróżnieni i szczęśliwi. Spędzą czas z rodziną, pójdą na lody czy na salę zabaw, dostaną wymarzone prezenty. Niektórzy pewnie otrzymają więcej czasu ekranowego przed telefonem swoim czy rodzica.
Dorośli natomiast będą kombinować, jak wziąć kolejne wolne w pracy i ponarzekają w gronie innych dorosłych, że dzisiejsze dzieci są rozpuszczone, mają za dużo, nie szanują dobrodziejstw i zabawek, o jakich ich rodzice czy dziadkowie mogli kiedyś tylko pomarzyć.
Nie ma co ukrywać, że prlowskie przedszkola były pod wieloma względami gorsze od współczesnych. Lanie wymierzane przez nauczycieli (a czasem przez inne dzieci na polecenie nauczycieli) było tam na porządku dziennym. Nie oznacza to jednak, że placówki minionego systemu nie były pozbawione dobrych stron. Dzieci miały czas na swobodne interakcje, a dzień zdjęć czy bal przebierańców miały miejsce raz w roku, a nie “co chwilę”. Jeśli panie chciały, by dzieci kreatywnie się ubrały czy ciekawie spędziły czas – organizowały zajęcia plastyczne, na których dzieciaki robiły wianki czy ubranka dla lalek wedle swoich możliwości. Przed erą social mediów nauczycielki mogły skupić się na istocie pogadanki czy warsztatu, a nie na tym, by wszystko pięknie wyglądało na zdjęciach w internecie.
Konsumpcjonizm przyszedł w latach 90., jednak przyczółki zdobywał stopniowo. Ze szkół z czasem zniknęły fartuszki, na gwiazdkę pojawiły się mandarynki zamiast pomarańczy, dostępne na Zachodzie dobra powoli zalewały rynek. Jednak zmiany ustrojowe dla wielu oznaczały utratę pracy i nie wiązały się automatycznie z nadkonsumpcją. Dziś bieda wciąż jest doświadczeniem wielu rodzin – w powszechnym osądzie oznacza jednak coś innego, niż 30 lat temu.
Pamiętam swoje niedowierzanie, gdy w trakcie studiów, przypadających na pierwsze dziesięciolecie obecnego wieku, natrafiłam na jakiś raport dotyczący ubóstwa dzieci. Jednym z uwzględnianych w raporcie czynników było…organizowanie urodzin dla kolegów i koleżanek. Dziecko, które nie urządzało co roku imprezy dla znajomych, z automatu uchodziło za uboższe.
Z czasem dziecięce urodziny – dzień, w którym kiedyś po prostu rozdawało się w przedszkolu czy szkole cukierki, stał się powodem do hucznego imprezowania. Skorzystali na tym organizatorzy wydarzeń dla dzieci czy producenci zabawek. Skorzystali też dobrze sytuowali ekstrawertycy, którzy nie mają problemu z kupowaniem co chwila kolejnej zabawki i którzy nie wyobrażają sobie życia bez hałasu i ciągłej imprezy. Pozostali? Cóż…
W czasach konsumpcjonizmu biznes kreuje potrzeby, dzięki którym może zarobić. Na dzieciach zarobić najłatwiej. Małoletni dostają upominki z okazji Dnia Dziecka, urodzin, imienin, odwiedzin dziadków, cioć i wujków – czy wizyt u dziadków, cioć i wujków, z okazji “zajączka”, mikołajek, Halloween, Gwiazdki, różnych przedszkolnych wydarzeń. W dobrym tonie jest “nie przychodzić z pustymi rękami” do domu, w którym znajduje się jakiś maluch, zwłaszcza, jeśli przychodzi się tam pierwszy raz – a w dobie migracji i częstych przeprowadzek taki “pierwszym raz” trafia się nader często. Jakby tego było mało – w niektórych przedszkolach narodziła się kolejna moda. Rodzice jubilata prezentują upominki innym maluchom.
Zabawki też ewoluowały – niejeden świadomy rodzic, starający się zachować umiar, prędzej czy później odpuszcza. Dziecko wychowuje przysłowiowa wioska – czyli nie tylko rodzice, ale też inni ludzie, z którymi ich progenitura ma styczność na co dzień. A wedle wioski maluch potrzebuje tony słodyczy i modnych zabawek. Te kolorowe, grające, mówiące i sprzedawane jako “uczące” wygrywają z tymi realnie edukacyjnymi. Hit ostatnich lat to interaktywne gadżety, do których obsługi potrzebna jest dodatkowa aplikacja. Zanim dziecko wpadnie w sidła big techów, uzależnia się od przebodźcowujących zabawek interaktywnych. Nie dlatego, że korzysta ze “zgubnej technologii” – a dlatego, że jest nią zarzucane ponad miarę, analogicznie jak jego rodzice zarzucani są negatywnymi uwagami. Ci ciągle słyszą, że mają “podążać za dzieckiem”, “nie psuć mu dzieciństwa” – i w pewnym momencie sami tracą wiarę we własne kompetencje. Ile razy można tłumaczyć, że przebodźcowane dziecko staje się nerwowe i ma problemy z koncentracją, lub że finalnie niczego nie szanuje, bo ma wszystkiego w nadmiarze?
Teoretycznie można postawić “wiosce” granice, a potomstwo wychowywać po swojemu, nie przejmując się reakcjami otoczenia. Można spróbować rozmawiać z rodziną, innymi rodzicami czy nauczycielami. Niektórzy mają szczęście, znajdując po drugiej stronie zrozumienie i razem szukając kompromisu.
Inni niestety zderzają się ze ścianą, postawioną przez zwolenników nadkonsumpcji. To wbrew pozorom nie tylko kwestia social mediów i reklam, oferujących jedyną słuszną receptę na szczęście przedszkolaka czy nastolatka. Wiele osób rekompensuje sobie w ten sposób pewne braki z własnego dzieciństwa, chcąc zaoferować małoletnim to, czego lata temu nie było. Nie dostrzegają, że młodzi ludzie nieraz woleliby spędzić czas z babcią czy ciocią, niż dostać kolejny gadżet. Po latach przedstawiciele starszych pokoleń narzekają, że “nastolatki siedzą z nosami w smartfonach”. A kto ich od małego uczył, że puszczenie bajki czy gry na ekranie jest najlepszą metodą spędzania czasu?
Z ciągłym imprezowaniem już od przedszkola wiąże się jeszcze coś, na co mało kto zwraca uwagę: przymus socjalizacyjny. Nie chodzi o żaden obowiązek prawny, a raczej o oczekiwania rodzinne i społeczne. Dzieci po pewnym czasie same mogą czuć już zmęczenie – ale jak tu nie zjawić się na urodzinach koleżanki, gdy u 4 innych się było? Czy ta piąta nie poczuje się pominięta? Czy wypada nie zorganizować przyjęcia, jeśli samemu było się gościem na tak wielu?
Rodzice stają przed jeszcze większą liczbą dylematów: czy zabrać dziecko na urodziny przyjaciela, czy na rodzinną wycieczkę w góry? Czy brat lub teściowa nie obrażą się, jeśli spędzimy sobotę na sprzątaniu, zamiast u nich na imieninach? A przecież do tego dochodzą wymagające stałej obecności grupy na komunikatorach – czy te rodzicielskie, czy te zawodowe.
Osoby ceniące sobie ciszę i spokój zawsze czuły pewien dyskomfort związany z nadmiarem kontaktu z ludźmi, jednak kapitalizm eskalował problem przymusu socjalizacyjnego – i to jeszcze zanim ekrany zadomowiły się na dobre. Mawia się, że ludzie nie mają czasu dla siebie nawzajem, bo ciągle spędzają go z nosem w ekranie – i częściowo jest to prawdą. Warto jednak zadać sobie pytanie: czy wywierana na dzieciach i ich rodzicach presja nie sprawia, że Ci zwyczajnie nie mają czasu na normalne, spontaniczne interakcje w świecie offline, bo są zbyt zmęczeni tymi wymuszonymi?
A tych wymuszonych jest coraz więcej. Dziecko od małego wpada w system. Poddaje się je ciągłej kontroli, odsyła się je od jednego specjalisty do kolejnego – dla jego dobra i bezpieczeństwa, oczywiście. Nic nie sprzedaje się tak dobrze, jak dobro i bezpieczeństwo dzieci. Kiedyś dziecko, które popełniło “zbrodnię” niemieszczenia się w jakichś specjalistycznych tabelkach, chowało się lepiej lub gorzej, zwykle spędzając niemowlęctwo w domu i dalsze etapy dzieciństwa w przedszkolu, szkole czy na podwórku, wracając do domu na obiad i kolację. Wypadki się zdarzały – prawdopodobnie znacznie częściej, niż obecnie, jednak nie było social mediów, by je nagłaśniać.
Dziś jednak na malucha czyha mnóstwo niebezpieczeństw: związanych z karmieniem piersią lub butelką, z posłaniem go do żłobka (najlepiej takiego z monitoringiem, bo jak coś się stanie?) lub pozostawieniem w domu, z wizytą na placu zabaw (bakterie!), z materacykiem po starszym rodzeństwie, z groźną przemocą rówieśniczą w wieku 12 miesięcy (vide standardy ochrony małoletnich), z brakiem odpowiedniej opieki specjalistycznej. Zapewnienie odpowiedniej opieki rozumie się dziś jako bieganinę od pediatry do specjalisty, od specjalisty do terapeuty, od terapeuty – do innych, koniecznie takich zaprzyjaźnionych z tym pierwszym, bo przecież kolegom i koleżankom trzeba dać zarobić. Jeśli rodzic powie stop, bo terapia to jedno, a przeterapeutyzowanie to drugie – zostanie wpędzony w poczucie winy i oskarżony o krzywdzenie dziecka.
Jeśli specjaliści jakimś cudem nie wynajdą małoletniemu dolegliwości wymagającej stałych, płatnych terapii – będzie mu trzeba zorganizować czas inaczej, na dodatkowych, płatnych zajęciach. Nie tylko na etapie przedszkola, ale też szkoły. Przecież dziecko nie powinno samo plątać się po ulicy, może wtedy wpaść pod samochód, natknąć się na pedofila lub zrobić coś głupiego. Młodzież wprawdzie od zarania dziejów miała zwyczaj robić różne głupie rzeczy – ale teraz wygłup grozi wrzuceniem go na YouTube i publicznym linczem na Facebooku.
Dlatego trzeba zakazać social mediów dzieciom – powszechnie wiadomo, że to właśnie oni, a nie dorośli, zachowują się w internecie nieodpowiedzialnie. Jeszcze jakiś 13latek zobaczy, jak wypowiadają się o dzieciach szanowani psycholodzy czy pedagodzy, jaki poziom kultury języka czy ochrony małoletnich publicznie reprezentują wykształceni specjaliści – i dopiero się narobi.
Ale na plac zabaw też absolutnie nie można dzieciaków wypuścić bez kontroli. Wedle regulaminów tych miejsc nadzoru osoby dorosłej wymaga nieraz dziecko do 14 r.ż., a czasem nawet 18go (regulamin jednego z pumptracków). Pozostają więc różne, dodatkowo płatne zajęcia, na które rodzic musi zarobić, ewentualnie praca na home office i siedzenie z potomstwem w domu.
Home Office i elastyczne godziny pracy to w wielu przypadkach błogosławieństwo – i nieraz jedyny sposób, by rodzina, przy tych wszystkich wymaganiach względem rodziców, mogła jakoś funkcjonować. W tzw. “normalnej” pracy nikt nie da tyle wolnego, ile potrzebuje rodzic na bieganinę po wszelkich około przedszkolnych imprezach z jednej strony i specjalistach z drugiej.
Niektórzy reklamują pracę zdalną jako szansę na spędzenie większej ilości czasu z dzieckiem – przeciwstawiając to temu dzikiemu okresowi sprzed 30-40 lat, kiedy rodzic siedział w biurze czy fabryce, a biedne dzieciątko wracało do domu z kluczem na szyi, a potem wychodziło pobawić się ze znajomymi bez żadnego nadzoru. Na to, że tryb “pracy z domu, przy dziecku” nie służy ani pracy, ani dziecku, bo jedno i drugie wymaga skupienia, mało kto zwraca uwagę. Ważne, że dzieciak jest – przynajmniej teoretycznie – pod kontrolą i nikomu na ulicy nie przeszkadza, kłując swoim “brakiem opieki”.
Gdy dziecko podrośnie na tyle, że wedle społeczeństwa będzie mieć prawo do (samodzielnego) przebywania w przestrzeni publicznej, łaskawie pozwoli mu się wychodzić z domu – pod warunkiem posiadania przy sobie telefonu, najlepiej z zainstalowanymi aplikacjami nadzoru rodzicielskiego. A potem społeczeństwo będzie załamywać ręce, że młodzież jest mało samodzielna i nie rozstaje się z telefonami.
Współczesne dzieciństwo jest więc bardziej kolorowe, pełne dobrobytu, skomercjalizowane, kontrolowane, a pod pewnymi względami także bezpieczniejsze, niż nasze. Jednak czy aby na pewno jest szczęśliwe?
Piszę o ludziach, polityce cyfrowej, big techach i wpływie technologii na społeczeństwo. Wrzucam też cotygodniowe prasówki z tematyki cyfrowej i feministycznej. Jestem publicystką, feministką i świecką humanistką. Działałam w polskich indymediach. Współpracowałam z redakcją techspresso.cafe, publikowałam w serwisie szmer.info. Obecnie prowadzę blog pod adresem didleth.pl, ale jestem też otwarta na współpracę z innymi serwisami. Zachęcam do lektury i kontaktu! 🙂


