Feminizm powinien wspierać równouprawnienie i siostrzeństwo. Jednak dla wielu osób to tylko szyld, by zbierać lajki i szczuć ludzi przeciwko sobie.

fot. Pexels
Od dawna określam się jako feministka. Niektórzy zapewne kojarzą czy to moje feministyczne prasówki, czy artykuły poruszające różne kwestie z kobiecej perspektywy. Dla wielu będzie więc zaskoczeniem, że raczej nie jestem aktywna w feministycznych grupach i zwykle unikam wypowiadania się na profilach z „babskiej strony barykady”.
Dlaczego? Dlatego, że o ile dla mnie samej feminizm oznacza „siostrzeństwo” i dążenie do równouprawnienia, to wiele kobiet utożsamia go z czymś innym: czasami z pogardą wobec mężczyzn, czasami z koniecznością narzucenia swojego stylu życia reszcie świata, czasami i z jednym, i z drugim. Takie podejście zapewnia im lajki i popularność.
Piszę o „instafeminizmie” – ale zjawisko jest starsze, niż media społecznościowe. Od początków cywilizacji konkretne cechy uważa się za „typowo kobiecie” lub „typowo męskie” – i chociaż to kwestia bardziej kulturowa, niż biologiczna, to przesiąkamy kulturą, w której dorastamy. Żyjemy w patriarchacie i feministyczne wychowanie jednostki niewiele tutaj pomoże. Dziecko nie dorasta w próżni. Nawet, jeśli jego rodzice wszystkim dzielą się po partnersku, to kilkulatek usłyszy seksistowskie teksty w przedszkolu czy na przysłowiowych „imieninach cioci”. Prawem statystyki prędzej czy później stanie się częścią grupy dziewczęcej czy chłopięcej (albo outsiderem/outsiderką). Podłapie wzorce, jakie przypisuje mu społeczeństwo.
Problem z patriarchatem
Dziewczynki od lata wychowuje się, by były grzeczne, czyste, zaradne i skupione na wyglądzie. Chłopcom częściej nakazuje się być twardym – ale jednocześnie na więcej pozwala. Dziewczynki się pobiją? Usłyszą, że im nie wypada, jeszcze zniszczą sobie sukienki. Ich koledzy się pobiją? Trudno, „chłopcy tak mają”, byle tylko „nie płakali jak baba” i nie bawili się wózkiem dla lalek.
Obiektywnie patrząc: nie ma czegoś takiego jak męskie i damskie zabawki czy zainteresowania.
Na poziomie jednostki wszystko jest kwestią cech indywidualnych, można trafić zarówno na dziewczynę naprawiającą motor, jak i szydełkującego chłopaka.
Jednak w przypadku grup jest spora szansa, że jeśli 15 chłopakom z klasy zaproponuje się zajęcia z szydełkowania, a 15 dziewczynom – z motoryzacji, to większość nie będzie z takiego rozwoju wypadków zadowolona. Na ile będzie to wynikać z ich indywidualnych gustów i przekonań, na ile z wychowania, a na ile z presji rówieśniczej – to już osobna kwestia.
Finał jest taki, że statystycznie częściej kobiety będą rozmawiać o kosmetykach, a mężczyźni – o piłce nożnej, częściej dziewczynkom nie będzie wolno robić rzeczy, na jakie pozwala się chłopcom, a chłopców nie nauczy się rzeczy, których uczy się dziewczynki.
Statystycznie to kobiety częściej idą na „urlop” rodzicielski i zostają z dzieckiem w domu, a potem częściej biorą zwolnienia w pracy. To do nich dzwonią lekarze i nauczyciele. Pracodawca zwykle nie pyta mężczyzny o to, co zrobi, jeśli dziecko zachoruje – domyślnie zakłada, że wtedy matka odbierze je z przedszkola. Nie da się ukryć, że patriarchat dyskryminuje kobiety – co nie oznacza, że przedstawiciele płci przeciwnej nie padają ofiarami tego systemu.
Tymczasem w ruchach kobiecych czy feministycznych da się zauważyć tendencję do atakowania mężczyzn, którzy nie czytają w myślach i nie rzucają wszystkiego, od pracy po zabawę z dzieckiem, byle tylko spełnić ukryte życzenia partnerki.
Niedawno popełniłam zbrodnię odezwania się pod jednym z feministycznych wpisów – i zostałam nazwana strażniczką patriarchatu, która powinna się wstydzić. Dlaczego? Bo ośmieliłam się stwierdzić, że można zmywać raz dziennie i odkurzać raz w tygodniu, zamiast wymagać od partnera kompulsywnego sprzątania.
Przekonanie, że dom musi błyszczeć i wyglądać jak z katalogu, jest nagminne. Widywałam takie podejście i na profilach feministycznych celebrytek, i parentingowych influencerek, i osób prowadzących różne prywatne czy branżowe konta. Ba! Słyszałam je z ust osób, które z social mediów w ogóle nie korzystają.
Kobiety z mojego pokolenia były wychowywane do roli idealnych gospodyń domowych – i nawet, jeśli przełamały ten schemat, to ich matki, ciotki czy teściowe nieraz nie potrafią się z tym pogodzić. Słyszałam niezliczone opowieści dziewczyn, które zarywały noc, aby zadowolić seniorkę rodu, trochę mniej takich, w których dorosłe kobiety po prostu przestawały zapraszać starszyznę do siebie, nie chcąc słyszeć różnych przykrych uwag na swój temat. Historie, w których ktoś wprost przyznaje „mam bałagan, a mimo to zapraszam rodziców i teściów do siebie” mogę policzyć na palcach obu rąk – i zdecydowana większość z nich przeszła przez któryś z opisywanych wyżej etapów.
Tego typu oczekiwania przenosimy na innych. W wersji konserwatywnej: na inne kobiety, w wersji feministycznej – także na mężczyzn, którzy powinni wspierać swoje partnerki w prowadzeniu domu idealnego. Jeśli dodatkowo para ma potomka – oberwie ze wszystkich stron za swoje metody wychowawcze lub ich rzekomy brak. Powszechnie przecież wiadomo, że rodzice nie powinni wychowywać dzieci tak, by zaspokoić potrzeby dziecka i reszty rodziny, ale tak, by zaspokoić wybujałe ego obcych osób z internetu – od przysłowiowego „dziadka PiSiora” po równie przysłowiową „feministkę z kotem”. Widziałam w zasadzie identyczne komentarze pod adresem rodziców, napisanie przez przedstawicieli tych środowisk. Raczej bez refleksji, że w ten sposób co najwyżej swoim środowiskom szkodzą.
Chyba nikt nie ma wątpliwości, jak szkodliwa jest manosfera. Pod wieloma wpisami czy to wprost dotyczącymi praw kobiet, czy odwołującymi się np. do opieki nad dzieckiem czy seniorem, w sekcji komentarzy dość łatwo można wyróżnić 2 dominujące grupy: empatyzujące kobiety i hejtujących mężczyzn. Chociaż na ulicach coraz częściej można spotkać tatusiów z wózkami, to ani w internecie, ani w statystykach nie widać równouprawnienia. 31% młodych mężczyzn uważa, że żona powinna być posłuszna mężowi. 55% Polaków (i 22% Polek) sądzi, że promocja równości kobiet doprowadziła w Polsce do dyskryminacji mężczyzn. Kobiety statystycznie więcej czasu spędzają na pracach domowych, równego podziału obowiązków chciałoby 69% Polek i 56% Polaków. 12% kobiet i 38% mężczyzn zdeklarowało, iż to ta druga osoba w związku powinna mieć więcej obowiązków. Statystyki dobitnie pokazują, że ciężar dbania o dom spoczywa głównie na paniach, a ta słynna samotność mężczyzn wynika w dużej mierze z tego, że nie szukają partnerki życiowej, a służącej.
Na przemoc częściej narażone są kobiety, a sprawcy to w przeważającej mierze mężczyźni. Nie oznacza to jednak, że problem kobiecej przemocy nie istnieje i że powinien być ignorowany.
Dyskryminacja dotyczy nie tylko kobiet
Na dole słynnej piramidy kultury gwałtu są męskie przechwałki w szatni czy seksistowskie komentarze. Często zapomina się przy tym, iż te padają nie tylko w męskim, ale też w damskim gronie.
„Wyprał wełniany otulacz w 60°? No wiadomo, facet…” – widywałam nieraz. „Grupa tylko dla mam – ojców nie przyjmujemy” – głosi regulamin niejednego facebookowego forum dla rodziców. Na wielu innych grupach, dotyczących niby pomocy ofiarom przemocy, znajdziemy wpisy typu: „Mój partner jest przemocowcem i toksykiem, bo odkłada telefon ekranem do dołu i rozmawia z innymi ludźmi mimo, że mu na to nie pozwalam!” – i zwykle pisząca spotka się z głosami otuchy i poparcia. Rzadko kiedy ktoś zwróci jej uwagę, że to jej zachowanie stanowi nadmierną kontrolę, a jeśli ktoś zwróci – to zostanie szybko uciszony. Niektóre takie miejsca, stworzone ponoć do niesienia pomocy w związkach, mają w regulaminie wprost zaznaczone, że posty mają być pisane w sposób zrozumiały dla sztucznej inteligencji.
Sytuacje, w których jedna osoba żali się na zachowanie współmałżonka czy współmałżonki są pod względem etycznym bardzo trudne do oceny. Przy podobnych doświadczeniach łatwo przekroczyć bardzo cienką granicę, oddzielającą seksistowskie teksty od przyjacielskiego wsparcia moralnego. Usłyszałam gdzieś: warto mieć dziewczynę, żeby mieć komu narzekać na kumpli, oraz kumpli, żeby mieć komu narzekać na dziewczynę. Analogicznie kobieta może narzekać koleżankom na męża, a mężowi na koleżanki. Z jednej strony budzi to pytania dotyczące lojalności, z drugiej – to właśnie zasada „nie mów nikomu, co się dzieje w domu” stanowi doskonałą przykrywką do maskowania przemocy domowej.
Social media szkodzą, zamiast pomagać
To właśnie relacje „siostrzeńskie” czy „braterskie” pozwalają się wyżalić, znaleźć wsparcie, spojrzeć na sprawę z dystansu. Rozmowy z przyjaciółmi, w przeciwieństwie do tych prowadzonych z terapeutami, są szczere i bezinteresowne. Jednak to, co podczas spotkania na kawie z koleżanką czy babskiego wypadku jest „siostrzanym” wsparciem, w internecie staje się bańką, która zamyka w pułapce własnych przekonać, zamiast realnie wspierać.
Nie neguję, że w social mediach można znaleźć wsparcie. Dla niejednej osoby, przesiąkniętej ideami środowiska, w którym się wychowała, znalezienie bratniej duszy, choćby przez internet na drugim końcu świata, będzie wybawieniem. Nieraz, żeby wyrwać się ze spirali przemocy – fizycznej czy psychicznej – trzeba trafić na kogoś, kto w nas uwierzy i nie będzie dewaluować naszego postrzegania rzeczywistości. W internecie można znaleźć ludzi, którzy powiedzą, że mamy prawo pracować zdalnie – nawet, jeśli rodzice uważają, że to nie jest „prawdziwa praca”, że facet ma prawo założyć różową koszulę, a kobieta nie tylko przesolić przysłowiową zupę, ale nawet nie umieć gotować.
Jednocześnie – szukając wsparcia w sieci bardzo łatwo można wpaść z jednej skrajności w drugą, a z jednego toksycznego środowiska w inne, de facto równie – lub bardziej – nieprzyjazne.
Zanim mogliśmy przeczytać o związkach rozbijanych przez „sztuczną inteligencję”, wspierającą w podejmowaniu różnych niekorzystnych decyzji – podobne zachowania, jakie dziś widujemy u chatbotów, można było zaobserwować na różnych socialmediowych grupach wsparcia.
W babskim środowisku przeciętna przyjaciółka pozwoli się wygadać, zapewni bezpieczną przestrzeń na różne emocje, wspólnie ponarzeka na facetów, czasem gdzieś wyciągnie lub pozwoli przenocować – ale nie będzie narzucać ważnych życiowych decyzji. Słuchając o problemach, uwzględni szerszy kontekst. Gdy jakaś dziewczyna opowie, że mąż wybrał się na ryby, zamiast na niedzielny obiad do swoich teściów – jej koleżanka może go zwyzywa, może stwierdzi, że mu się nie dziwi, ale raczej nie wpadnie w tyradę „jak możesz się tak nie szanować i być z kimś takim, powinnaś go zostawić!!”
A właśnie tego typu porady można znaleźć na grupach (pseudo)wsparcia (nota bene nie tylko babskich). Rzadko kiedy proponuje się rozwiązania polegające na rozmowie czy szukaniu kompromisów. Ludzie, bazując na jednostkowym opisie sytuacji, rzucają hejtem i zalecają rozwód. Inba lepiej się klika. Pół biedy, jeśli dziewczyna ma znajdujące się w podobnej sytuacji koleżanki od serca, z którymi może porozmawiać o swoich wątpliwościach. Gorzej, jeśli nie ma – bo obecnie wiele osób woli budować kontent w internecie, niż dbać o prawdziwe relacje z żywymi ludźmi.
W środowiskach feministycznych nieraz będzie to polegać na kreowaniu obrazu idealnej biznesmanki z dużego miasta, bezdzietnej, instrumentalnie traktującej mężczyzn, niezależnej i dobrze zarabiającej. Takiej, której bardziej będzie przeszkadzać zbyt ciasny kostium jakiejś polityczki, niż zamykanie porodówek.
Możemy też trafić na „feministkę” dowodzącą, że skoro kobiety od zawsze miały źle – to faceci też powinni, więc zamiast uczynić życie kobiet lepszym, powinno się działać na rzecz tego, by to życie przedstawicieli drugiej płci uczynić gorszym.
Obserwując profile feministyczne zauważyłam tendencje do narzekania na facetów, którzy są niedomyślni, którzy nie pójdą do sklepu bez listy z zakupami, którzy nie umyją od razu kubka po wypitej kawie. Posiadam wszystkie wymienione cechy – a mężczyzną bynajmniej nie jestem.
Człowiek, niezależnie od płci, nie potrafi czytać w myślach, a nawet, gdyby potrafił, to w opisywanych przypadkach na niewiele by się to zdało. Zwolenniczki komunikacji w związku polegającej na „domyśl się”, wymagają, by ich partner bez dyskusji i sprzeciwu robił to, co akurat ich zdaniem trzeba w danej chwili zrobić.
Jeśli ktoś nie lubi, by na niego krzyczano i nim dyrygowano, to wbrew pozorom nie dlatego, że jest mężczyzną, a dlatego, że jest człowiekiem. I chociaż rozumiem całą filozofię, jaka stoi za drogą od grzecznej dziewczynki do pyskatej kobiety – to jednak szczera, spokojna rozmowa może być skuteczniejsza, niż rozstawianie po kątach bliskiej podobno osoby.
Owszem, nie zawsze i nie z każdym da się dogadać – niektórzy poszukują de facto służących, a nie partnerek życiowych i na próbę rozmowy zareagują awanturą. Inni potrzebują na własnej skórze doświadczyć, jak to jest zostać samemu z dziećmi i domem. Są też tacy, którzy metodą „jak mężczyzna mówi, że coś zrobi, to zrobi, nie musisz mu co pół roku przypominać” będą sprzątać łazienkę, de facto przerzucając obowiązki na partnerkę. W pełni rozumiem dziewczyny, które dbanie o wspólny dom wymuszają awanturami, gdy inne metody zawodzą.
Ale w wielu przypadkach brak podziału obowiązków domowych wynika po prostu z braku komunikacji. To, co promują instafeministki, to nie dialog, a postawa życzeniowa, wydawanie rozkazów zamiast rozmowy oraz przekonanie, że jeśli nie sprzątnie się od razu każdego najmniejszego okruszka, to świat się zawali.
Robienie z kompulsywnego sprzątania i czytania w myślach obowiązkowych cech, jakie powinien posiadać człowiek (płci dowolnej), służy co najwyżej krzykaczkom promującym tego typu postawy w internecie, a nie zdrowym relacjom w rodzinie.
Nakładają się tutaj 2 problemy: brak partnerskiego wsparcia oraz przekonanie, że to ta druga osoba w związku powinna być posłuszna. Takie poglądy można zaobserwować u części mężczyzn – ale też u wielu – rzekomo – feministek.
Nie ma nic dziwnego w tym, że facet wychowywany w tradycyjnej rodzinie nie umie nastawić pralki czy ugotować obiadu – i nie ma nic dziwnego w tym, że nie potrafi tego zrobić kobieta, w której domu zawsze pierze czy gotuje mąż. Można nawet nie umieć obsłużyć przysłowiowego termostatu – i wbrew temu, co wmawia nam internet, to żaden powód do wstydu. Jeśli w domu rodzinnym nie nauczyliśmy się malowania ścian czy obsługi pralki, nic nie stoi na przeszkodzie, by nauczyć się tego w dorosłym życiu. Chyba, że trafił(a) nam się partner lub partnerka, który/a w razie niepowodzenia wyśmieje lub zwyzywa, zamiast wesprzeć.
Pokazanie domownikowi, jak działa zmywak czy zmywarka, zajmuje dużo mniej czasu, niż przygotowanie obserwującym prezentacji „faceci są leniwi i nic w domu nie potrafią zrobić”. Rozumiem, że uczenie innych rzeczy, które dla nas są proste i oczywiste, może być irytujące. Jednak rozumiem też człowieka, który uzna, że więcej zmywać nie będzie, bo gdy robiąc to pierwszy raz w życiu potłukł talerz i zużył pół butelki płynu do mycia naczyń, to żona publicznie wyśmiała go w internecie.
A jeśli okaże się, że ktoś, mimo usilnych prób, i tak nie daje rady? Przypala każdy obiad oraz oblewa każdy egzamin na prawo jazdy? Trudno, nie każdy musi się na wszystkim znać, a brak jakiejś umiejętności nie jest jeszcze powodem, by rzucać kogoś na żer w internecie.
Byłoby dla wszystkich lepiej, gdyby prowadzące popularne profile dziewczyny, zamiast kręcić inby na temat tych nieposłusznych, nie sprzątających pod dyktando i nie potrafiących czytać w myślach facetów, zastanowiły się raczej nad swoim własnym postępowaniem. Owszem, miło jest przebywać w czystych i katalogowych wnętrzach – ale nie dla każdego będzie to priorytetem. Jedna z parentingowych influencerek, opiekująca się trójką małych dzieci, pokazała, jak wygląda jej przeciętny dzień. Sprzątała od rana do nocy i – brawo dla niej – rzeczywiście miała katalogowy porządek. Jej maluchy były wykąpane, nakarmione i…tyle. Nie bawiła się z nimi, pomijając różne instrumentalne czynności – nie spędzała z nimi czasu. Może i nie budowała więzi z dziećmi, ale przynajmniej mogła się nimi – i katalogowym wnętrzem – pochwalić na TikToku czy YT.
Nieraz odwiedzają mnie osoby, w których mieszkaniach na co dzień panuje pedantyczny porządek – i tolerują to, że mój dom wygląda inaczej. Rozumieją, iż każdy ma inny sposób funkcjonowania, inne priorytety, że łatwiej mi skupić się na pracy, jeśli nie wstaję co chwila, by coś ogarnąć.
Co odróżnia moich pedantycznych znajomych od instagramowych feministek?
To ludzie, którzy nie pokazują swoich wnętrz w social mediach. Nie żyją z kręcenia inby i narzekania na płeć przeciwną. Wiedzą, że cudzy kubek po kawie na cudzym biurku, to po prostu kubek na biurku, a nie powód do wszczynania wojny płci.
W moim domu panuje niepisana zasada: osoba wychodząca na zakupy pyta pozostałych, co kupić. Szczęśliwie nie jestem instafeministką, bo nasz system jest nudny i nie klikałby się tak dobrze, jak obowiązująca narracja.
W sieci jednak nieraz obserwuję pretensje pod adresem niedomyślnych facetów. Jeśli, ekhm, kobieta wyzwolona, planuje jutro curry na obiad, to przecież jej partner powinien się tego domyśleć i magicznie wiedzieć, że musi kupić mleczko kokosowe. Dowodem prawdziwości takiego rozumowania są liczne lajki od obserwujących. I oczywiście pan musi iść do sklepu bez listy zakupów. Jego partnerka i jej instafanki tak robią – więc reszta świata ma czynić podobnie. Jeśli jej mąż zapisze sobie, co kupić, to istnieje ryzyko, że niczego nie zapomni i dopiero się narobi. Nie będzie o co kręcić inby w socialmediach, zmniejszy się liczba lajków, spadną zasięgi i reklamodawcy nie odezwą się z propozycją współpracy reklamowej…
Stąd mój mały apel: podchodźcie do takich profili z dystansem. Feminizm to szczytna idea – ale każda idea może dzisiaj stać się biznesem. Podział obowiązków w swoim domu lepiej omówić na spokojnie z domownikami, niż z instacelebrytką. Wasz dom nie musi wyglądać, jak z katalogu, nie musicie go sprzątać ani dla przysłowiowej teściowej, ani dla obcych ludzi z internetu. Świat się nie zawali ani od pizzy na obiad, ani od kultowego już krzesła z praniem do poskładania. Nieraz zamiast dokładać innym obowiązków, lepiej odpuścić – i sobie, i reszcie domowników. Można po prostu cieszyć się swoim towarzystwem, zamiast stresować nieumytym lustrem. Po latach dzieciaki będą mieć wspomnienia z fajnej wycieczki – nie będą pamiętać, czy kafelek w łazience wystarczająco lśnił, ani czy wypucował go ojciec, czy matka.
Ważne, żebyście Wy same czuły się komfortowo z tym, co robicie ze swoim życiem. Jeśli osobiście lubicie minimalizm i perfekcyjny porządek – to szukajcie partnerów wśród ludzi o podobnych wartościach lub dopuśćcie do siebie myśl, że związek to sztuka kompromisu (to ostatnie imo warto założyć niezależnie od wszystkiego). Jeśli przeszkadzają Wam kubki na biurku męża, to po prostu nie patrzcie na jego biurko, a zajmijcie własnym. Możecie je nawet sprzątać 10 razy dziennie, pokazując 10 różnych aranżacji na Instagramie. Przyjmijcie jednak, że to po prostu wasz indywidualny styl życia, a nie religia, na którą trzeba nawrócić wszystkich, od domowników, przez znajomych, po obcych ludzi z internetu. I nie utożsamiajcie tego z feminizmem.
Piszę o ludziach, polityce cyfrowej, big techach i wpływie technologii na społeczeństwo. Wrzucam też cotygodniowe prasówki z tematyki cyfrowej i feministycznej. Jestem publicystką, feministką i świecką humanistką. Działałam w polskich indymediach. Współpracowałam z redakcją techspresso.cafe, publikowałam w serwisie szmer.info. Obecnie prowadzę blog pod adresem didleth.pl, ale jestem też otwarta na współpracę z innymi serwisami. Zachęcam do lektury i kontaktu! 🙂


