szkolna sala komputerowa

Cykl o sharentingu – część II

Artykuł dostępny na licencji CC-BY. Można go kopiować i przedrukowywać bezpłatnie, pod warunkiem wskazania mojego autorstwa.

Część pierwsza dostępna pod adresem: https://didleth.pl/czy-lex-kamilek-ochroni-dzieci-przed-sharentingiem/

Zdjęciami dzieci w sieci dzieli się ok. 40% polskich rodziców i ok. 75% szkół i przedszkoli. Politycy i przedstawiciele różnych instytucji chętnie ocieplają swój wizerunek, wrzucając zdjęcia z dziećmi na swoje socialmedia, odpowiedzialnością za sharenting obarczając głównie rodziców.

szkolna sala komputerowa

fot. pxhere.com

pierwszej części cyklu zwracałam uwagę, jak placówki mogą wykorzystywać wytyczne, by skłonić rodziców do podpisania zgody na publikację wizerunku syna czy córki w internecie. Doszliśmy w ten sposób do kolejnej kwestii: dlaczego rodzice godzą się, by żłobki, przedszkola i szkoły wrzucały zdjęcia ich dzieci do internetu?

Niektórzy nie widzą w tym żadnego problemu – sami uprawiają sharenting i wręcz cieszą się, gdy opiekunowie podzielają ich wizję świata: analogicznie jak katoliccy rodzice zapisujący dziecko do wyznaniowego przedszkola czy wegetarianie szukający placówki z bezmięsnym wyżywieniem. Jak jednak wytłumaczyć sytuację, w której ktoś, kto sam nigdy nie upubliczniłby video ze swoją pociechą godziny się, by robił to żłobek, przedszkole lub szkoła?

Powodów jest tutaj kilka. Nieraz matka, zwłaszcza na wczesnych etapach macierzyństwa, jest wykończona, zmęczona trudami rodzicielstwa, brakiem wsparcia i nadmiarem informacji. Obserwując parentingowe influencerki czy grupy dla mam, może nabrać wątpliwości, czy jej podejście jest słuszne. Zwłaszcza, jeśli od koleżanki czy babci usłyszy zarzut, że widocznie wstydzi się swojego dziecka, skoro nie chwali się nim w internecie. Gdy więc w żłobku dostaje formularz zgody na publikację wizerunku – podpisuje ją.

Nieraz zostaje postawiona w niekomfortowej sytuacji, w której nie wie, jak się zachować. Klub Malucha organizuje darmowe zajęcia próbne, po których matce mówi się, jak świetnie jej dziecko się bawiło, jak dobrze wypadło – i grzecznie i pokornie prosi o zgodę na umieszczenie zdjęcia w internecie. Dzięki temu inni rodzice zobaczą, że nie ma się czego bać, nabiorą odwagi i dadzą swoim roczniakom szansę na równie radosną i darmową zabawę. A że kobieta od ponad roku jest “upupiana” i uczona, że dla dobra dziecka powinna siedzieć cicho i się nie awanturować, podpisuje, bo byłoby jej głupio tego nie zrobić.

Nieraz zwyczajnie nie ma czasu, sił i zasobów się wykłócać – zwłaszcza, jeśli od paru lat nie dosypia, dziecko płaczem domaga się nakarmienia czy zmiany pieluszki, a pani sekretarka podrzuca dokument mówiąc “jeszcze tylko jeden podpis i wszystkie formalności będziemy mieć za sobą, zostaliście przyjęci”.

Zdarzają się przypadki, że prywatne placówki wprost uzależniają przyjęcie podopiecznych od podpisania zgody na sharenting i chociaż działanie takie nie jest legalne – to w sytuacji przeciętnego rodzica niewiele to zmienia. Potrzebuje opieki do dziecka po to, żeby iść do pracy, a nie po to, by poświęcać czas na aktywizm, pisanie skarg i procesowanie się.

W przypadku starszych dzieciaków niektórzy rodzice liczą, że szkoła co najwyżej wrzuci na swój fb relacje ze szkolnych występów czy akademii – i w związku z tym na początku roku podpisują zgodę na publikację. Jeśli żyją swoimi prywatnymi sprawami, a nie “internetem”, mogą nawet nie wiedzieć, jak szczegółowo szkoła relacjonuje życie uczniów – a z tym bywa naprawdę różnie.

Niedawno na jednej z dużych, ogólnopolskich grup udostępniono screeny z zajęć przeprowadzonych w konkretnej wiejskiej szkole w niedużej gminie. Uwiecznione na zdjęciach dziewczynki z 5 klas wzięły udział w zajęciach z położną, która uczyła ich dbania o higienę w czasie “trudnych dni”. Dyskusja (szczęśliwie niedługa, bo chyba ktoś z administracji zareagował) na grupie dotyczyła tabu – czy szkoła je utrwala, nazywając menstruację “trudnymi dniami”, czy wręcz przeciwnie – przełamuje, chwaląc się tego typu zajęciami? Na zdjęciach dziewczynki uzupełniają karty pracy, a potem oglądają “zestaw kobiecej “pierwszej pomocy”” sprezentowany przez konkretnego producenta materiałów higienicznych. Czy naprawdę każdy rodzic podpisujący zgodę na publikację wizerunku miał świadomość, że zgadza się na dokonaną rękoma szkoły reklamę “moja 11letnia córka używa podpasek firmy takiej i takiej”? Czy 11letnia dziewczynka, biorąc udział w zajęciach z higieny, musi się z automatu liczyć z tym, że i obcy ludzie z internetu, i koledzy ze starszych klas, sąsiedzi, konserwatywny dziadek i ciotka-feministka będą patrzeć, jak siedzi przy ławce z rozrzuconymi przed nią tamponami?

Gdy rozmawiam z rodzicami, którzy podpisali zgodę na publikację wizerunku w szkolnych socialmediach, najczęściej słyszę, że nie chcą robić problemów, lub że są już zmęczeni ciągłą walką i nie chcą, by dziecko było wykluczone. Niektórzy odpuścili po paru latach – bo szkoła i tak się ich brakiem zgody nie przejmowała. Inni wprost przyznawali, że nauczyciele w ich szkole czy przedszkolu podczas robienia zdjęć nauczyciele odsuwają na bok dzieci, których rodzice nie zgadzają się na sharenting. A im więcej czasu personel spędza na filmowaniu wspólnych aktywności, tym takich interwencji też jest więcej. Innym postawiono ultimatum: skoro nie pasują wam zdjęcia w internecie, to nie dostaniecie żadnych. Uznali więc, że odpuszczą – chcą, by ich dziecko miało pamiątkę ze szkolnych lat.

Dochodzi jeszcze jeden aspekt, który umywa w bańce prywatnościowej. Wykorzystywanie dzieci do promocji szkoły to tylko wierzchołek góry lodowej. Polską edukację toczy masa innych trudności. Jeśli uczeń wdał się w konflikt z kolegą czy nauczycielem – to czy wykłócanie się o zdjęcie na szkolnym FB nie zaogni konfliktu ze szkołą? A jeśli rodzic najpierw spędził długie miesiące walcząc o orzeczenie dla dziecka, a potem walcząc ze szkołą, by ta to orzeczenie zrealizowała, będzie jeszcze miał siłę kłócić się o film na TikToku?

Szkoły współpracują z innymi instytucjami. Gdy uczniów odwiedzi policja z warsztatami – materiał trafi na fanpage lokalnej komendy, gdy uczniowie wystawią burmistrzowi przedstawienie w podziękowaniu za remont szkoły – mogą spodziewać się fotorelacji na stronie urzędu czy w lokalnej gazecie. Dla jednych będzie to “kropla przepełniająca kielich goryczy”, który skłoni do powiedzienia “stop” – dla innych powód, by jeszcze bardziej się bać.

Zakażmy socialmediów…szkołom

Anne Roth przewrotnie zwróciła uwagę, że zamiast zakazywać socialmediów dzieciom, powinno się ich zakazać dorosłym – to oni nie potrafią zrobić porządku z platformami internetowymi. Parafrazując jej słowa, w kontekście polskiego dyskursu pomysł, aby to nie samym dzieciom, lecz żłobkom, przedszkolom i podstawówkom zakazać korzystania z socialmediów, jest wart rozważenia. Realnie patrząc: to nie dziecko stwarza zagrożenie, tworząc konto na konkretnej platformie. To nauczyciel stwarza zagrożenie, wykorzystując swój zawodowy autorytet i publikując zdjęcie dziecka tak małego, że samo nie może konta w socialmediach założyć.

Dlaczego właściwie personel żłobków, przedszkoli i szkół tak chętnie dzieli się zdjęciami podopiecznych w internecie? Powodów jest kilka.

Po pierwsze: brak świadomości i bezrefleksyjna moda na nowoczesność, utożsamianą z technologiami i zachodnimi big techami, od których polska szkoła jest uzależniona. Nauczyciel, wrzucając zdjęcia dzieci do internetu, nie myśli o tym, że koledzy rozbiorą koleżankę za pomocą aplikacji, a podczas niedzielnego obiadu ciotka naskoczy na 9latka za jego nie dość idealny rysunek, który zobaczyła na FB szkoły. Gdy nauczycielka uczy dzieci, że warto pokazywać twarz w internecie i walczyć o lajki – nie przekłada tego na ich późniejsze problemy w nastoletnim wieku (na ten problem zwróciła ostatnio uwagę Alina Czyżewska). Dlatego bronię i będę bronić pomysłów edukowania nauczycieli w kwestii higieny cyfrowej – bo nawet, jeśli to tylko kropla w morzu potrzeb, to kropla niezbędna.

Po drugie: wygoda. Łatwiej wrzucić nieprzebrane i nieobrobione zdjęcia na publiczny profil, niż poświęcić więcej czasu na ochronę prywatności dzieci.

Po trzecie i najważniejsze: autopromocja. Dotyczy zarówno prywatnych, jak i państwowych żłobków, przedszkoli i szkół. Jak słusznie nieraz zwracała uwagę Ola Rodzewicz, placówki nie mają obowiązku prowadzenia działań marketingowych. Mimo to robią to nagminnie. Nie chodzi tylko o zdanie relacji z zajęć rodzicom – bo to akurat można zrealizować w inny sposób. Niektóre placówki z powodzeniem ograniczają się do udostępniania zdjęć czy filmików w zamkniętym gronie. Pozostali jednak stawiają na otwarty przekaz, bo chcą się zareklamować szerzej. Liczą, że dzięki temu ich oferta dotrze do większej liczby potencjalnych zainteresowanych, wyrobią sobie renomę przedszkola z ciekawymi zajęciami i bogatą ofertą edukacyjną, tudzież nowoczesnej szkoły, otwartej na nowe technologie i zapewniającej dzieciom lepszy start w przyszłość. Placówki prywatne zyskają nowych klientów. Państwowe urosną w oczach urzędników, bo szkoła o dobrej renomie to świetny kapitał polityczny. Jedne i drugie będą wizerunkowo rywalizować z podobnymi miejscami w okolicy, żeby nie pozostać w tyle “za konkurencją”. Jedne i drugie będą wchodzić w dziwne układy i de facto współprace reklamowe, prezentując, jak świetnie ich podopieczni bawią się, korzystając z produktów czy usług konkretnej firmy.

Dodatkowo – co chyba niektórym umyka – pod fasadą idealnego żłobka czy idealnej podstawówki łatwiej ukryć wszelkie nieprawidłowości. Można uśpić czujność obserwujących, zarzucając profil taką ilością relacji, że nikt nawet nie będzie mieć czasu pomyśleć, że coś jest nie tak. A jeśli pomyśli, życzliwi skwitują jego wątpliwości “ale co ty opowiadasz, to świetne przedszkole, widziałem ich profil na fb!”

Po czwarte: brak jasnych regulacji prawnych. Póki zakaz upowszechniania wizerunku podopiecznych nie zostanie czarno na białym zapisany przez ustawodawcę, dyrektorzy będą interpretować istniejące przepisy na swoją korzyść. Innymi słowy: “póki mogę się promować kosztem dzieci i póki ich rodzice mi na to pozwalają, będę to robić”.

Po piąte: przejmowanie się nastrojami społecznymi. Autorytet nauczyciela w ostatnich latach stracił bardzo dużo – ale zawsze można poprawić sobie wizerunek wśród znajomych i lokalnej społeczności pokazując: “patrzcie, prowadzę kreatywne lekcje i dzieci mnie kochają”. Nawet nie trzeba wprost dodawać “inni nie relacjonują, bo nie mają się czym chwalić”. Na tej równi pochyłej reszta grona pedagogicznego też zacznie się zastanawiać, czy nie postawić na autopromocję. Nieważne, czy chodzi o klub malucha, czy o liceum – mechanizm jest ten sam.

I tutaj pojawia się rola nasza – społeczeństwa. Cieszymy się widząc, że żłobek promuje zdrowe odżywianie, przedszkole uczy zasad ruchu drogowego, a pobliska podstawówka porusza istotne dla nas kwestie w sposób, jakiego “nie powstydziliby się w stolicy”. Zdjęcia uśmiechniętych dzieci w kolorowej sali nieraz budzą w nas ciepłe emocje. Dają rodzaj ukojenia, sprawiając wrażenie oazy normalności w oceanie alarmujących newsów. Siłą rzeczy chce się dać lajka myśląc “brawo, mimo tego, co dzieje się w polskiej polityce i edukacji, świetnie sobie radzicie!”.

Tymczasem każdy lajk pod taką fotorelacją to dla dyrekcji sygnał, że ten rodzaj promocji się opłaca. Każde, rzucone niby od niechcenia, zdanie “a co Wy z tymi dziećmi w przedszkolu robicie? Bo na fb innego przedszkola/grupy widziałam…” sygnalizuje nauczycielom, że powinni udowadniać w socialmediach, że nie są wielbłądami.

Nie wspomniałam dotąd o jednym, często powtarzanym argumencie. Świadomie. Nieraz placówki argumentują swoje działania…tym, że o sharenting wnoszą sami rodzice. Tylko skoro sharenting uprawia 40% samych rodziców i 75% przedszkoli i szkół, to coś tutaj jest nie tak.

Rodzice chcą wiedzieć, co się dzieje w szkole. Chcą mieć pamiątki z ważnych chwil swoich dzieci, którymi będą mogli się podzielić z bliskimi, wybranymi przez siebie osobami. Nie chcą się kłócić i narażać na problemy. Nie chcą, by ich dzieci były izolowane tylko dlatego, że ich koledzy stają do wspólnego zdjęcia. Nie chcą być jedynymi, którzy nie wiedzą, co ich dziecko robiło na rytmice, bo jako jedyni nie podpisali zgody na video na fb. Nie chcą mieć łatki roszczeniowców tylko dlatego, że ktoś znów zrobił sobie z ich syna lub córki żywą reklamę. To wszystko da się ogarnąć bez publicznego sharentingu. Przeciętny rodzic nie czuje potrzeby, by żłobek informował obcych ludzi z drugiego osiedla czy drugiego końca kraju, jak ma na imię ich syn, który właśnie dziś skończył dwa lata i na którym placu zabaw się zwykle bawi.

Zwyczajnie NIE WIERZĘ, że jakikolwiek rodzic przyszedł do szkoły żądając, by zdjęcie jego córki z tamponami latało bo ogólnopolskich grupach – i że to z tego powodu szkoła zdecydowała się na taką publikację. A nawet gdyby tak było, to cóż…

Jeśli kilku rodziców zacznie się awanturować i domagać, by dzieci bić rózgą, to nauczyciele zrobią porządek z awanturnikami, czy podsuną całej reszcie pod nos do podpisu kwitek, z prośbą o zgodę na stosowanie kar cielesnych, argumentując to tym, że inni rodzice się domagają, więc resztę prosi się o zrozumienie i niestwarzanie problemów?

Rodzice jako wygodny kozioł ofiarny

Mimo to, w kontekście sharentingu cała wina przerzucana jest na matki i ojców. Czy gdyby karę chłosty wymierzało 40% rodziców i personel 75% szkół, przedszkoli i żłobków, uważalibyśmy za stosowne, by to w rodzicach widzieć źródło problemu? Czy może uznalibyśmy, że “ryba psuje się od głowy” i że to instytucje odpowiedzialne za opiekę nad dziećmi, zatrudniające wykwalifikowanych pedagogów, same powinny dać dobry przykład?

Współczesnym rodzicom obrywa się ze wszystkich stron: za sposób wychowania, żywienia, posłania dziecka do żłobka lub pozostania z nim w domu, za pomaganie dzieciom w nauce (“bo to wyręczanie”) lub za nierobienie tego (“bo to zaniedbanie”), za przysłowiową “czapkę”, którą rodzic dziecku założy – więc je przegrzewa, albo której nie założy – więc na pewno dziecko się przeziębi. Wytyczne zaprezentowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości, wedle których opiekun dziecka może paść ofiarą podejrzeń o robienie mu krzywdy, gdy kilkunastomiesięczny brzdąc stosuje “przemoc rówieśniczą”, jest tutaj dobrym tego zjawiska przykładem.

Politycy rozpisując się o sharentingu zwracają się głównie do rodziców – bo to ich obwinić najłatwiej. Rodzic ma czuć się winny – przecież nawet, jeśli z dumy wrzuci zdjęcie swojego potomka na własny, zamknięty profil w socialmediach, to zobaczy je kilkaset osób – i nie ma gwarancji, że któraś z nich nie będzie mieć złych intencji.

Jeśli jednak polityk lub polityczka rozpowszechnia wizerunek dziecka na profilu mającym tysiące czy dziesiątki tysięcy obserwujących – to nagle problemu nie ma. Innymi słowy: ojciec czy matka robi źle, chwaląc się dzieckiem na własnym Instagramie – ale jednocześnie ma się zgodzić, by wizerunek tego dziecka był wykorzystywany przez szkołę, policję czy lokalnych polityków. A przecież w starciu z państwem przeciętny obywatel ma ograniczone możliwości.

W socialmediach można znaleźć zdjęcia z dziećmi (czasami z własnymi, czasami nie) posłów i posłanek Konfederacji, PiSu, KO, Lewicy, Polski 2050 czy PSLu. Chyba wreszcie nasza wiecznie skłócona klasa polityczna znalazła coś, w czym jest zgodna ponad podziałami.

Posłanka Polski 2050 Barbara Okuła miała zwracać uwagę na rodziców nieświadomych problemu, sama jednak zdaje się nie stronić od wrzucania zdjęć z małoletnimi na swoje socialmedia. Zasłoniła im wprawdzie twarze, ale…tylko w przypadku wpisów ze stycznia, te z listopada przedstawiają już posłankę w otoczeniu dzieciaków, których twarze nie są w żaden sposób zanonimizowane.

Sam Minister Sprawiedliwości chwali się zdjęciami z “młodzieżą licealną”. Chociaż w tym wypadku sprawa jest już mniej kontrowersyjna (ludzie w liceum są albo pełnoletni, albo niewiele lat im do tej pełnoletności brakuje) – to jednak wypadałoby, aby ktoś kreujący się na walczącego z sharentingiem jednak nie wykorzystywał wizerunków uczniów do autopromocji politycznej.

Przy obecnym stanie rzeczy edukacja i luźne wytyczne to za mało. Potrzebny jest przykład z góry – i bezwzględny zakaz sharentingu przez podmioty zajmujące się dziećmi czy instytucje publiczne.

To nie rodzice powinni bać się szkół, urzędników i polityków. To politycy, urzędnicy i nadgorliwi nauczyciele powinni się bać, że jeśli w ramach autopromocji czy przypodobania się komuś wrzucą video z przedszkolnego przedstawienia, to poniosą konsekwencje.

Dyrektor nie powinien się bać, że jeśli odmówi promowania gminy zdjęciami podopiecznych, to w jej budżecie zabraknie pieniędzy na remont przedszkola. To urząd musi wiedzieć, że przedszkole nie ma prawnej możliwości stosowania sharentingu, choćby matka-instagramerka słała skargę za skargą, więc zamiast zawracać dyrekcji głowę, lepiej pozwolić jej pracować w spokoju.

To nie rodzic powinien się obawiać, że straci pracę w gminnej spółce, jeśli jego dziecko nie stanie do zdjęcia z wójtem. To wójt powinien czuć strach, że jeśli wrzuci zdjęcia z dziećmi na urzędowy profil, to będzie musiał się z tego tłumaczyć – bo sprawę będzie mógł zgłosić każdy, a nie tylko rodzice wspomnianych dzieci.

Tak się jednak prędko nie stanie – bo beneficjentami politycznego sharentingu są nie tylko lokalni włodarze, ale też politycy z sejmowych ław czy z ministerialnymi tekami. Dlatego w międzyczasie musimy chronić się sami. Pozostaje nam więc zachować czujność, uważnie czytać wszystko, co podsunie nam się do podpisania i na tyle, na ile starczy nam sił, asertywnie odmawiać zgody na opublikowanie zdjęcia dziecka w internecie. A przed wrzuceniem głosu do urny przejrzeć profile polityka, na którego chcemy oddać głos – i sprawdzić, czy ten nie ociepla sobie wizerunku za pomocą dzieci, na których dobru rzekomo mu zależy.