sejm
Teksty

Czy „Lex Kamilek” ochroni dzieci przed sharentingiem?

Cykl o sharentingu – część I

Artykuł dostępny na licencji CC-BY. Można go kopiować i przedrukowywać bezpłatnie, pod warunkiem wskazania mojego autorstwa.

Politycy zapowiadają, że nowe przepisy pomogą walczyć z sharentingiem. Ostrzegają rodziców przed niebezpieczeństwem wrzucania zdjęć dzieci do internetu. Jednak problem dotyczy też żłobków, przedszkoli i szkół. Czy Lex Kamilek rzeczywiście ukróci ten proceder?

fot.: Wikipedia

W ostatnich latach temat sharentingu wyszedł z niszy i wszedł do mainstreamu. W listopadzie Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało, że chroni wizerunek dzieci w sieci. Mają temu służyć nowe przepisy wprowadzone w tzw. Lex Kamilek. Czy jednak Lex Kamilek rzeczywiście rozwiązuje problem?

Sharenting to dzielenie się filmami czy zdjęciami z życia dziecka w internecie. Społecznicy i edukatorzy wykonali tytaniczną pracę, by edukować rodziców i instytucje na temat niebezpieczeństw, jakie niesie za sobą publikacja wizerunku dziecka w sieci. Udało im się wnieść temat na salony polityczne, by walczyć tam o konkretne rozwiązania prawne – to jednak dopiero początek drogi.

Na problem sharentingu niejednokrotnie zwracali uwagę specjaliści, specjalistki i organizacje zajmujące się obroną małoletnich czy prawem do prywatności – jak chociażby Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, Fundacja Orange czy Fundacja Panoptykon. Ta ostatnia już w 2013 roku zwracała uwagę, że niektóre dzieci zaczynają swoje życie w świecie online jeszcze przed urodzeniem, gdy rodzice dzielą się zdjęciami z ciążowego USG.

Rodzice, jak zauważyła Magda Bigaj w swojej książce “Wychowanie przy ekranie”, zazwyczaj mają dobre intencje. Czasami chodzi o dzielenie się radością, czasami o szukanie lub udzielanie wsparcia w trudach rodzicielstwa.

Zjawisko przybiera różne formy, od sporadycznego dzielenia się wspomnieniami z wakacji, dostępnymi dla znajomych, poprzez oversharentig (nadmierne relacjonowanie), po celowe upokarzanie dziecka (parental trolling), zarabianie na jego wizerunku (parentingowe influencerki) czy prezentowanie “dorosłych sesji”, podczas których pokazuje się małoletnich w skąpym stroju, mocnym makijażu i dwuznacznych pozach.

O szkodliwości tych ostatnich zjawisk nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak co złego jest w pozornie niewinnym wrzucaniu zdjęć dziecka do internetu?

Wbrew pozorom – wiele, zwłaszcza, jeśli nie mówimy o dzieleniu się nimi w zamkniętej grupie zaufanych osób, a o publicznych wpisach w socialmediach.

Po pierwsze – materiały zawierające wizerunek nieletnich trafiają do internetu zwykle bez ich zgody, a czasem wprost wbrew ich woli. Niby nic nowego, ale o ile kiedyś zdjęcie w albumie mogło zobaczyć kilka czy kilkanaście osób, to na Instagramie może je obejrzeć każdy.

Po drugie – wśród oglądających mogą znaleźć się ludzie o złych zamiarach: od wrogo nastawionych kolegów i koleżanek ze szkoły, po pedofilów. W dobie AI wykorzystanie niewinnego zdjęcia, by rozebrać przedstawioną na nim osobę i rozesłać dalej, nie jest specjalnie skomplikowane.

Po trzecie – naraża się w ten sposób prywatność i bezpieczeństwo dziecka. Zwłaszcza, jeśli nie chodzi o anonimowe video pozbawione kontekstu, a profil na FB, pozwalający określić miejsce zamieszkania, zainteresowania czy choćby imiona rodziców.

Po czwarte – odbiera się dziecku “czystą kartę”. Gdy wkroczy już w świat online, nie zaczyna od zera. Istnieje w sieci od wielu lat, ale w narracji rodzica. Z racji, że wielu dorosłych nie widzi w tym nic złego – przecież wiadomo, że każda matka chce dla swojego syna czy córki jak najlepiej i chętnie przygotuje odpowiednią historię – proponuję eksperyment myślowy.

Wyobraźcie sobie, że przez ostatnie 18 lat nie mieliście dostępu do internetu. Wszystko, co o Was przez ten czas w sieci napisano, to historie, jakie Wasi rodzice opowiadali znajomym i jakimi chwalili się na publicznych grupach. Wasze zdjęcie z jakiegoś wesela, na którym wypiliście za dużo i opowiadaliście żenujące żarty. Fotka z “zabawną” dziurą, bo akurat w spodniach puścił szew. Filmik pokazujący, jak się zakrztusiliście i opluliście nową sukienkę. Dokładna fotorelacja z miejsca, do którego w ogóle nie chcieliście jechać, ale nie mieliście innego wyjścia. Wasz taniec do piosenki, którą obecnie uważacie za żenującą. To wszystko okraszone komentarzami, dotyczącymi waszego życia zawodowego i towarzyskiego, dostępne dla każdego: od waszego pracodawcy, po osobę, z którą właśnie zaczęliście randkować.

Jeśli sami nie chcielibyście zostać w ten sposób potraktowani, to Wasze dzieci prawdopodobnie także. Skąd więc taka internetowa popularność kilkuletnich maluchów?

Tutaj wchodzimy w szerszy problem, dotyczący poszanowania czyjejś godności i prywatności w internecie – a tych ostatnich nieraz się dzieciom odmawia.

Jak podaje NASK, 40% polskich rodziców publikuje wizerunek dziecka w sieci. Z jednej strony – niepokojąco dużo. Z drugiej – gdy podobny odsetek Polek i Polaków przeczytał przynajmniej jedną książkę w ciągu ostatniego roku, media grzmiały o alarmującym stanie polskiego czytelnictwa. 40% to wciąż mniejszość.

Jeśli jednak chodzi o placówki zajmujące się dziećmi – to tutaj statystyki wyglądają już inaczej. W poradniku “Higiena cyfrowa w szkole i przedszkolu” Ola Rodzewicz pisze o ankiecie rozesłanej do szkół i przedszkoli. Wedle jej wyników 95% placówek deklaruje posiadanie strony internetowej, z czego 78,2% zamieszcza tam materiały umożliwiające rozpoznanie przedstawionych na nim dzieci. Prowadzenie profili w socialmediach deklaruje 78,9% ankietowanych – z czego 69% otwarcie przyznaje się do publikowania wizerunków podopiecznych. Innymi słowy: prawie 75% przedszkoli i szkół stosuje sharenting, a prawie 55% wykorzystuje w tym celu socialmedia, których algorytmy same podsuwają treści zupełnie obcym ludziom.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy uwzględnimy, jak często dzieci są wykorzystywane do ocieplenia wizerunku polityków, urzędników czy instytucji. Czy więc rzeczywiście wspomniana przez Ministerstwo Sprawiedliwości ustawa rozwiąże problem sharentingu?

Szukałam zakazu sharentingu, znalazłam kontrolę czatu

Lex Kamilek w ogóle nie jest o sharentingu. Jej nazwa to “Ustawa o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym i ochronie małoletnich” – i skupia się właśnie na wspomnianych zagadnieniach. Owszem, w skrajnych przypadkach, jeśli ktoś wykorzystuje wizerunek nieletniego w celu popełnienia przestęptwa, to może mieć kłopoty – ale poza takimi skrajnościami ustawa nie zakazuje wprost sharentingu. Zakazu nie ma ani w “szczególnych środkach przeciwdziałających zagrożeniom”, ani w “szczególnych środkach ochrony”. Nowe przepisy wprowadzają za to standardy ochrony małoletnich oraz zalecają przestrzeganie Krajowego Planu Przeciwdziałania Przestępstwom Przeciwko Wolności Seksualnej i Obyczajności na Szkodę Małoletnich.

Wspomniany plan sprawa wrażenie, jakby ktoś próbował przepchnąć w nim część pomysłów znanych z kontroli czatu (to już temat na osobną analizę), jednak w kwestii realnej ochrony wizerunku dziecka za wiele nie wnosi. Zgodnie z jego literą policja miałaby teoretycznie większe możliwości ścigania przestępców seksualnych (jakim kosztem, to osobna kwestia) – i dalej mogłaby wrzucać zdjęcia dzieci na swoje profile w socialmediach.

W dokumencie zwraca się też uwagę na rolę mediów, które powinny chronić ofiary przestępstw. Zupełnie pomija się jednak fakt, że zanim jakaś szkolna afera trafi do mediów, rozgrywa się na szkolnych profilach. Jeśli dzieci świętują wydarzenie za pomocą napoju w kieliszkach, a szkoła ochoczo reklamuje to na swoim FB – to czy winne są media, które nagłaśniają sprawę, czy dyrekcja placówki, która sama robi sobie taką “reklamę”?

Owszem, nowe przepisy czy wytyczne dotyczące ich realizacji podkreślają, jak ważne jest dobro dziecka i jego ochrona, nakazują poszanowanie jego godności i prywatności czy nieujawnianie wrażliwych informacji osobom nieuprawnionym. Przy dobrej woli można interpretować to jako ochronę dziecka przed umieszczeniem jego wizerunku w sieci. Tyle, że na tej zasadzie można było chronić wizerunek dziecka na podstawie już obowiązujących aktów prawnych. Dokładniejszą analizę zjawiska sharentingu w obowiązujących przepisach napisała Agata Dawidowska, przedstawiając szereg aktów prawnych, które można wykorzystać przeciwko sharentingowi, od prawa autorskiego, bo Konstytucję – i zwracają uwagę, że obecna ochrona nie jest wystarczająca.

Nowe przepisy wciąż nie stanowią literalnego, bezpośredniego zakazu, co dyrekcjom wybranych miejsc i instytucji pozwala interpretować prawo na swoją korzyść i reklamować swoją działalność wizerunkami maluchów.

Jak standardy ochrony małoletnich zwiększają ryzyko sharentingu?

Jeszcze ciekawiej prezentuje się lektura standardów ochrony małoletnich, które zobowiązana jest wdrożyć każda placówka czy organizacja, w której przebywają dzieci. Zamieszczone na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości wytyczne mają charakter ogólnych wskazówek. W formie zaprezentowanej przez resort nie są obowiązkowe – na szczęście. Nie wprowadzają bowiem zakazu sharentingu – a raczej ułatwiają placówkom jego stosowanie.

Jeśli przyjrzymy się bliżej wytycznym dla żłobków, naszą uwagę zwrócą wymagania względem pracowników, którym nie wolno przy dzieciach spożywać alkoholu, palić, oglądać treści erotycznych oraz…“utrwalać wizerunku dziecka dla potrzeb niezwiązanych z działalnością placówki” (w standardach dla przedszkoli i szkół w tym miejscu pisze się o utrwalaniu wizerunku “dla potrzeb prywatnych”). Innymi słowy: nie ma jako takiego zakazu robienia zdjęć czy korzystania z socialmediów. Można wręcz odnieść wrażenie “jeśli chcecie wrzucać filmiki ze żłobka do internetu, to zdobądźcie zgodę rodziców i się nie krępujcie”. Jakby tworzono standardy w taki sposób, by w pozostałych aspektach chronić maluchy, ale sharenting z katalogu krzywd wyłączyć.

Jeśli jesteśmy przy temacie krzywdy wyrządzanej dziecku – to warto zwrócić uwagę na kwestię przemocy rówieśniczej, czyli, wedle wytycznych, sytuacji, “gdy dziecko doświadcza różnych form przemocy ze strony rówieśników”. Przypominam, że mówimy o żłobkach, do których uczęszczają dzieci w wieku do lat 3, a nie nastolatki.

Krzywdzenie zdefiniowane jest jako “ jednorazowe albo powtarzające się nieprzypadkowe działanie lub zaniechanie, które powoduje lub może powodować u dziecka ból lub cierpienie psychiczne bądź fizyczne.” Do form krzywdzenia należą, wedle wytycznych, m. in. przemoc fizyczna i psychiczna. Przemoc fizyczna to np. bicie, popychanie, rzucanie w dziecko przedmiotami, drapanie go, szczypanie, gryzienie, ciągnięcie za włosy. Do przemocy psychicznej zaliczono m. in. wyśmiewanie, nieliczenie się z możliwościami rozwojowymi dziecka, ignorowanie, demonstrowanie odrzucenia, namawianie lub zachęcanie małoletniego do niewłaściwych społecznie i moralnie zachowań.

Już samo definiowanie przemocy rówieśniczej w powyższy sposób jest kontrowersyjne – o ile “nieliczenie się z możliwościami rozwojowymi dziecka i stawianie nadmiernych wymagań” jest naganne u dorosłego opiekuna, to trudno mieć o to pretensje do dwulatka. Jeśli jednak wgłębimy się w to, jak żłobek ma reagować na przejawy przemocy rówieśniczej, to robi się jeszcze ciekawiej.

Jako rodzic miałam to szczęście, że moje dzieci były maluchami w czasach, gdy żaden oderwany od rzeczywistości polityk nie dyktował żłobkowym opiekun(k)om, co robić, gdy dziecko zachowuje się, jak dziecko. Dzięki temu personel placówki mógł zareagować stosownie do sytuacji. A jak ma reagować teraz? Otóż, wedle wytycznych: trzeba niezwłocznie przeprowadzić rozmowę z rodzicami/opiekunami, zdarzenie odnotować w karcie interwencji (przynajmniej nie ma wymogu integrowania jej z mObywatelem – zapewne dlatego, że to wytyczne resortu sprawiedliwości, a nie cyfryzacji), opracować “plan naprawczy” z rodzicami dziecka krzywdzącego oraz plan zapewnienia bezpieczeństwa z rodzicami dziecka krzywdzonego oraz…ustalić, “czy dziecko podejrzewane o krzywdzenie innego dziecka samo nie jest krzywdzone przez opiekunów, innych dorosłych bądź inne dzieci”. Ten ostatni wymóg ministerstwo argumentuje w ten sposób: “Jest to konieczne, gdyż bardzo często osoby krzywdzące same doznają krzywdzenia.”

Innymi słowy: nie ma zakazu sharentingu, są za to rzeczy, które realnie szkodzą i maluchom, i rodzicom, i funkcjonowaniu placówki. Zamiast doglądać dzieci, opiekun(ka) musi sporządzić skomplikowaną i dokładną dokumentację z tego, że w piaskownicy Jaś uderzył Kazia łopatką, Anielka sypnęła w Melcię piaskiem, a podczas obiadu Polcia wyciągnęła Maciusiowi makaron z zupy. Pan(i) musi też natychmiast wezwać rodziców na rozmowę oraz “ustalić przebieg zdarzenia i jego wpływ na zdrowie psychiczne i fizyczne”. Oczywiście w trakcie sporządzania tej notatki 10 innych dzieci będzie stosować tę niebezpieczną przemoc rówieśniczą, więc trzeba będzie sprawdzić, czy to przypadkiem nie dlatego, że jakiś dorosły robi im krzywdę.

Oczywiście przeciętny dyrektor żłobka wyśmieje te wytyczne, nie będzie ich ślepo kopiować, zamiast nich implementując coś zgodnego ze zdrowym rozsądkiem i aktualną wiedzą z zakresu rozwoju dziecka. Może pod nosem wspomni coś o odrealnionych politykach, którzy ostatnio widzieli dziecko na wyborczym plakacie i na tej podstawie oparli swoją “wiedzę” pedagogiczną. Personel żłobka będzie obserwować dzieci, w razie potrzeby informując rodziców, rozmawiając o niepokojących kwestiach czy zalecając badania pod kątem zaobserwowanych problemów, ale nie traktując każdego pojedynczego uszczypnięcia jako powodu, by zakładać dziecku “kartotekę” i brać rodzinę “na radar”. Maluch nieraz będzie stosował zachowania z zaprezentowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości repertuaru bynajmniej nie dlatego, że doznaje w domu krzywdy, a dlatego, że ma kilkanaście miesięcy i dopiero uczy się poznawać świat. Jeśli przywali łopatką w głowę koleżanki, która zabrała mu wiaderko, to raczej dlatego, że nie umie powiedzieć “to moje wiaderko”, a nie dlatego, że w domu dostaje od opiekunów łopatą po głowie. Z czasem dziecko nauczy się funkcjonowania w grupie, tak jak nauczy się mówić i korzystać z toalety. To naprawdę nie jest nie wiadomo jak zaawansowana wiedza pedagogiczna – tutaj wystarczy zwykły zdrowy rozsądek. Ale skoro “przemoc rówieśnicza” u maluchów wymaga wedle polityków aż tak zaawansowanych procedur, to może powinniśmy przestać się dziwić doniesieniom, że na salę zabaw wezwano policję do kłótni dwulatka z trzylatkiem, a zacząć dziwić się, że tych wezwań jest tak mało?

Poza przeciętnymi dyrektorami mogą się jednak trafić tacy, którzy instrumentalnie wykorzystają wytyczne ministerstwa, by skłonić rodziców do określonych zachowań – np. takich, jak wyrażenie zgody na publikację wizerunku. Wystarczy zaimplementować wspomniane wytyczne w swojej placówce. Nie po to, by ich bezwzględnie i sprawiedliwie przestrzegać (przy tak szerokiej definicji przemocy rówieśniczej byłoby to nierealne), ale po to, by stosować je jako straszak na niewygodnych rodziców.

Zawsze można pilnie wezwać matkę (lub ojca, ale statystycznie częściej chodzi o matkę) z pracy, bo jej roczna córka ściągnęła okulary koleżance, kolejny raz, gdy uszczypnęła kolegę, sugerując, że wedle najnowszych wytycznych chyba trzeba sprawdzić, czy dziecku w domu nie dzieje się krzywda i podsuwając pod nos zgodę na publikację wizerunku. Można pilnie wzywać rodzicielkę za każdym razem, gdy jego dwulatek krzyknie na kolegę czy go wyśmieje – do podobnych incydentców innych maluchów nie podchodząc aż tak rygorystycznie. Innymi słowy: można rodzicom w sposób mniej lub bardziej bezpośredni sugerować, że jeśli oni nie pójdą paniom na rękę i będą utrudniać życie, nie godząc się, by ich córka stanowiła reklamę żłobka – to placówka też ma narzędzia, by utrudnić życie rodzicom.

W ten sposób wytyczne, które teoretycznie miały dziecko chronić, mogą stać się pretekstem do działania na jego realną niekorzyść. Nie widzę w Lex Kamilek walki z sharentingiem, a polityczny teatr. Nie chodzi o realną ochronę wizerunku małoletnich, a ochronę wizerunku polityków, którzy chcą się na obrońców dzieci kreować.

W drugiej części: dlaczego za sharenting obwinia się głównie rodziców, skoro stosuje go mniejszość rodziców, a większość żłobków, przedszkoli i szkół?

Link do części drugiej: https://didleth.pl/kto-odpowiada-za-dzieci-na-szkolnym-facebooku/