screen z serwisu Republik
Teksty

Co czeka dziennikarstwo w świecie zdominowanym przez big techy?

Artykuł dostępny na licencji CC-BY. Można go kopiować i przedrukowywać bezpłatnie, pod warunkiem wskazania mojego autorstwa i źródła.

Dziennikarze serwisu Republik przeprowadzili śledztwo dotyczące działań Palantira w Szwajcarii. Wyniki swojej pracy przedstawili w obszernym artykule. Korporacja zareagowała pozwem sądowym.

Firma Palantir budzi negatywne emocje od lat – zarówno w USA, jak i w Europie. Krytycy korporacji słusznie zwracają uwagę na problemy, jakie można napotkać, wchodząc we współpracę z koncernem, jak np. zagrożenia dla suwerenności cyfrowej, ochrony danych czy samego procesu demokratycznego. Mimo wszystkich, ciągnących się za przedsiębiorstwem kontrowersji, na współpracę z Palantirem postawiło polskie Ministerstwo Obrony Narodowej.

Szwajcarzy nie ugięli się przed Palantirem

Jest jednak pewne państwo, które potrafiło oprzeć się spojrzeniu Sauro…pardon, spojrzeniu przemiłych biznesmenów z największej demokracji na świecie, którzy tylko troszczą się o nasze dobro i bezpieczeństwo. O zmaganiach Szwajcarii z Palantirem przeczytamy w znakomitym tekście autorstwa Marcina Rybaka, którego lekturę szczerze polecam. Autor opisuje, jak Palantir przez 7 lat próbował dostać się do szwajcarskich instytucji federalnych. Bezskutecznie.

W artykule pada zdanie: “Palantir w mediach wychodzi źle, więc buduje relacje tam, gdzie dziennikarzy nie ma”. Jednym z mediów, w których firma nie wypada zbyt dobrze, jest szwajcarska Republik.ch.

Republik to internetowy magazyn informacyjny, który powstał w 2018 roku, po kilkunastomiesięcznej kampanii crowdfundingowej, jako odpowiedź na kryzys w branży medialnej. Z jednej strony chodziło o nadchodzące w branży zwolnienia. Z drugiej – o spadek jakości materiałów. Dziennikarstwo oparte na długich i rzetelnych śledztwach było (i wciąż jest) wypierane przez model nastawiony głównie biznesowo.

Założyciele Republik postanowili zareagować za pomocą medium, które będzie łączyć transparentność i dziennikarstwo wysokiej jakości. Serwis miał być całkowicie finansowany przez czytelniczki i czytelników – którzy poprzez subskrypcję stawali się członkami projektu.

Uwzględniając funkcjonowanie współczesnego społeczeństwa informacyjnego, pomysł mógł budzić wiele wątpliwości. Cierpimy raczej na nadmiar informacji. Wydawałoby się, że bez problemu znajdziemy je czy to na platformach społecznościowych, czy w klasycznych serwisach informacyjnych, dostępne wprawdzie z reklamami, ale za to “za darmo”. Zabiegany styl życia też zdawał się nie sprzyjać zapotrzebowaniu na jakościowe dziennikarstwo. Pozornie mogłoby się więc wydawać, że w świecie informacji dostępnych na wyciągnięcie ręki, pomysł skończy jako strona dla garstki aktywistów czy idealistów. Nic bardziej mylnego.

Republik już 7 godzin od startu zyskała 3000 subskrybentek i subskrybentów, co przełożyło się na 750 000 franków szwajcarskich. Dziennikarze nie zawiedli pokładanego w nich zaufania.

Obecnie Republik może się pochwalić liczbą ponad 33 000 subskrypcji. Magazyn stał się rzetelnym i cenionym medium, poruszającym tematykę społeczną, polityczną czy kulturalną. Nie zabrakło też kwestii politycznych czy pytań dotyczących zagrożeń ze stronych big techów. To właśnie tutaj ukazała się seria podcastów “Do not feed the Google”.

Dziennikarze serwisu przeprowadzili także długie i rzetelne śledztwo, dotyczące Palantira i jego nieudanych prób przeniknięcia do szwajcarskich instytucji. Dzięki wnioskom o dostęp do informacji publicznej, dotarli do raportu szwajcarskiej armii, wskazującego na różne zagrożenia ze strony korporacji (więcej na ten temat przeczytacie w tekście Marcina Rybaka). Wyniki swojej pracy przedstawili w obszernym materiale w grudniu 2025 roku.

Artykuły odbiły się szerokim echem także za granicą, do ujawnionych w nich informacji odnieśli się m. in. brytyjscy politycy. Przedstawicielom Palantira publikacja siłą rzeczy nie przypadła do gustu. Biznesmani z ponoć demokratycznych USA nie bardzo potrafili zrozumieć, dlaczego nieduża redakcja, wbrew ich woli, publikuje krytyczny względem ich działalności materiał. Najpierw zarządali “sprostowania”. Gdy redakcja się nie ugięła – skierowali sprawę do sądu.

Siła małych mediów

Tym samym do długiej listy zarzutów względem koncernu można dorzucić ataki na wolność prasy i uciszanie dziennikarzy.

O niebezpieczeństwach, jakie lobbing i biznes oznaczają dla mediów, słyszy się od dawna – zwykle jednak w kontekście wzajemnych zależności. Przeciętna telewizja czy gazeta żyje z reklam – nie opublikuje więc materiału krytycznego wobec sponsora. Tutaj mamy jednak do czynienia z działaniami zupełnie innego kalibru. To już nie jest próba cenzury pod groźbą wycofania wsparcia finansowego – a pozew mający na celu uciszenie dziennikarzy poprzez tzw. działania SLAPPowe. Chodzi nie tylko o pozbycie się konkretnych artykułów, ale też o zniechęcenie innych do prowadzenia śledztw względem koncernu czy umieszczania jakichkolwiek krytycznych względem niego materiałów. Nikt przecież nie chce stanąć do walki z tak potężnym przeciwnikiem. Tutaj jednak Palantir może się przeliczyć.

To coś więcej, niż tylko pozew. To zderzenie amerykańskiej korporacji z europejską demokracją. “Wszyscy kolonialiści od zarania dziejów mieli jednak jedną wspólną cechę: nie doceniali siły, jaką jest ludzka godność. Technofeudaliści popełniają ten sam błąd” – napisała kiedyś Magda Bigaj. Do opisywanej sytuacji pasuje to doskonale. Oto bowiem Palantir, firma warta miliardy dolarów, obsługująca armie, przyzwyczajona do tego, że ulegają jej wielcy gracze świata polityki, trafiła na opór nie tylko ze szwajcarskich władz, ale też niewielkiej redakcji.

W małych i oddolnie finansowanych mediach tkwi dużo większa siła, niż się na pozór wydaje. Mają w sobie coś z kropotkinowskiej Pomocy Wzajemnej. To nie naiwna wiara w ideały, a dojrzałość obywatelska i oparta na racjonalnych argumentach świadomość, że społeczeństwo potrzebuje niezależnych mediów. Ktoś musi patrzeć na ręce politykom i korporacjom.

To miejsca tworzone przez ludzi, którzy świadomie wybrali trudniejszą drogę, bo wierzą w wolne i niezależne media, będące jednym z fundamentów demokracji. Zarówno dziennikarze i dziennikarki, jak i czytelnicy i czytelniczki takich inicjatyw, mają duże poczucie sprawczości i godności. Podchodząc do nich z pozycji korporacji, która żąda usunięcia treści, bo jest duża i potężna, można się przeliczyć.

To nie tytuł należący do magnata prasowego, który można po prostu odkupić. Nie da postraszyć wywieraniem wpływu na reklamodawców – skoro serwis takowych nie posiada. Trudno uderzyć w źródło finansowania, którym jest zdecentralizowana sieć tysięcy pojedynczych subskrybentek i subskrybentów. Inicjatywy medialne oparte na oddolnym finansowaniu mają podobny mechanizm ochronny, co demokratyczne ustroje polityczne: konieczność liczenia się z ludźmi. A do tego przedsiębiorcy z Palantira najwyraźniej nie są przyzwyczajeni.

Pozostała im więc walka sądowa, z nadzieją na to, że proces wykończy dziennikarzy i odstraszy kolejnych, potencjalnych krytyków. “Nie damy się zastraszyć” – zapowiedziała na mastodonie Adrenne Fischter, dziennikarka Republik. Póki co działania korporacji przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych – materiał dotyczący Palantira został przetłumaczony na język angielski i udostępniony w otwartym dostępie.

Serwis netzpolitik.org porównał ten spór do starcia Dawida z Goliatem. Słusznie. Trudno nie zauważyć uderzającej dysproporcji pomiędzy graczami. Można się też dopatrzeć jeszcze jednego podobieństwa.

Biblijny Dawid miał zabić potężniejszego wroga “nie mając w ręku miecza.” Korporacja wyspecjalizowana w usługach dla wojska też może przegrać spór z mniejszym, lekceważonym przez siebie i pozornie pozbawionym adekwatnej broni przeciwnikiem. Zwłaszcza, że proces toczyć się będzie w państwie, które na współpracę z korporacją się nie zgodziło.

A dla polityków innych krajów ta sytuacja powinna stanowić kolejną przestrogę i skłonić do refleksji, czy na pewno chcą powierzać Palantirowi dane swoich obywateli.