Generatywna sztuczna inteligencja staje się coraz powszechniejsza. Nie omija szkół. Według najnowszych badań 63% nauczycieli korzysta z AI w szkołach. Czy rzeczywiście są jej zwolennikami?

fot. Artem Podrez/Pexels
O zagrożeniach związanych z tzw. generatywną sztuczną inteligencją mówi się od dawna. Chatboty halucynują, powielają stereotypy, osłabiają empatię i zdolności poznawcze, pogłębiają problemy psychiczne. Co jakiś czas pojawiają się doniesienia o osobach, które zostały aresztowane wskutek pomyłki programu komputerowego, tudzież popełniły samobójstwo po rozmowie z chatbotem.
Mimo to LLMy cieszą się dużą popularnością – także wśród grona pedagogicznego.
“AI jest już w szkole. Korzysta z niej już 63% nauczycieli” – donosiła Gazeta Wyborcza. Przytoczyła badanie Sanoma Learning European Teacher Survey 2026, w którym wzięło udział 20 000 nauczycieli z 14 państw europejskich. W tekście wypowiada się jeden z autorów badania oraz rzeczniczka znanego w Polsce wydawnictwa edukacyjnego, będącego częścią Sanoma Learning i pracującego nad narzędziem AI dla nauczycieli. Nie zabrakło też promocji polskich rozwiązań AI rodem z Ministerstwa Edukacji.
Do tematu odniósł się też Paweł Lęcki – nauczyciel i publicysta. “AI może mnie zastąpić jako nauczyciela w każdej chwili.” – napisał w swoim facebookowym poście. Opisał, jak nakarmił chatbota Gemini dokumentami, stworzył środowisko zamknięte, przetestował – i stwierdził, że chatbot ani nie halucynuje, ani nie popełnia błędów.
Z artykułu Wyborczej wyłania się obraz technoentozjastycznie nastawionych pracowników polskiej oświaty, którzy wprawdzie nie chcą zostać całkowicie zastąpieni przez nowinki techniczne, ale pragną się nimi wspomagać. “Chciałabym, aby AI przejęło rolę analityka i rzemieślnika, zostawiając mi rolę mentora i inspiratora.” – miała powiedzieć jedna z cytowanych nauczycielek.
Z tekstu dowiemy się, że nauczyciele chcą zaoszczędzić czas dzięki rozwiązaniom AI. Pragną sztucznej inteligencji dostosowanej do potrzeb edukacyjnych, która dopasuje materiały do poszczególnych uczniów i będzie analizować ich osiagnięcia “w klasach, gdzie uczniów jest dużo, a analizowanie ich wyników i potrzeb “na piechotę” jest praktycznie niemożliwe”. Przeczytamy również, że “aż 93 proc. zauważa potrzebę stworzenia takiego modelu sztucznej inteligencji, który odpowiadałby szkolnym potrzebom”.
Czy rzeczywiście polscy nauczyciele są tak zapatrzeni w AI?
Sanoma nie jest neutralnym podmiotem badawczym, lecz prywatną firmą, należącą do fińskiego koncernu medialnego. Sanoma Media Finland wykorzystuje AI do sprzedaży reklam, a cytowana rzeczniczka wydawnictwa edukacyjnego (którego nazwy celowo nie podaję, żeby nie robić im reklamy) wprost przyznaje, że pracują właśnie nad produktem sztucznej inteligencji do celów oświatowych. Tymczasem jeden z nauczycieli wypowiadających się w raporcie, zapewne “niezależnie” i zapewne “przypadkiem”, wprost mówi: “gdyby było to narzędzie oparte o AI, stworzone przez wydawnictwo edukacyjne w Polsce…”.
Mimo to artykuł Gazety Wyborczej nie został oznaczony jako treść sponsorowana. Jeśli zagłębimy się w sam raport – zorientujemy się, że został on stworzony pod konkretną tezę, a pytania wyglądają, jakby miały na celu manipulowanie badanymi: “Czy chcielibyście, aby cyfrowe podręczniki i zeszyty ćwiczeń zawierały zintegrowane i bazujące na edukacji AI?” “Jak ważne jest dla Ciebie, aby narzędzia AI były dostosowane do potrzeb edukacyjnych?” Te słynne 93% pedagogów, którzy mają rzekomo chcieć chatbotów bardziej skupionych na kwestiach dydaktycznych, twierdziło jedynie, że woleliby korzystać ze specjalistycznych narzędzi uwzględniających specyfikę ich zawodu, niż z ogólnej, generatywnej AI. Nie mieli do wyboru opcji “nie chcę w ogóle korzystać z AI w mojej pracy”.
Pedagogiczne chatboty nieodpowiednie dla szkół
A te słynne, dostosowane do dydaktyki i pedagogiki narzędzia, nie muszą sprawdzić się w placówkach edukacyjnych. Serwis netzpolitik.org opisał problemy związane z wdrażaniem sztucznej inteligencji w niemieckich szkołach w ramach tzw. DigitalPakt 2.0, na który kraje związkowe przeznaczyły ok 5 mld euro. Technologia miała odciążyć nauczycieli i pozwolić im skupić się na typowo pedagogicznych kwestiach. Aplikacja FelloFish miał pomóc uczniom w pracach domowych, indywidualizując je i przekazując informacje zwrotne. Program Edaira natomiast miał za zadanie wspierać nauczycieli w ocenianiu postępów uczniów.
Podczas badań nad narzędziami okazało się jednak, że instrument stworzony do oceniania tekstów uczniów najlepiej ocenia teksty wygenerowane przez AI. W praktyce nie zachęcał więc uczniów do samodzielnej pracy, czy choćby przeformułowania wygenerowanego tekstu, a kopiowania żywcem odpowiedzi chatbotów.
Ponadto aplikacja nie jest konsekwentna w ocenie i tę samą pracę pisemną, wedle tych samych kryteriów, potrafi ocenić w różny sposób. Innymi słowy: uczniowie przy tej samej pracy otrzymują inną informację zwrotną. Teoretycznie nie powinno to dziwić – wszak LLM z zasady nie będzie zawsze dawał tych samych wyników. Jednak w powszechnym mniemaniu sztuczna inteligencja uchodzi za “obiektywną” – w efekcie czego dokonana przez niego niesprawiedliwa ocena rzadziej będzie poddana w wątpliwość.
Wątpliwości wzbudził też sposób, w jaki AI podchodzi do ponownie wgranej pracy. Teoretycznie uczeń, po otrzymaniu wskazówek aplikacji, powinien mieć możliwość poprawienia błędów i uzyskania lepszej oceny. W praktyce jednak badane narzędzia potrafiły zasugerować odrzucone wcześniej sformułowania, podwyższyć ocenę, mimo braku istotnych zmian w samym tekście, lub obniżyć ją, otrzymawszy kolejną, poprawioną wersję tekstu.
“Uważamy, że nie nadają się do używania w szkołach” – podsumował badający aplikacje badacz Sean Quägwer.
Wątpliwości odnośnie stosowania AI wśród uczniów mają nie tylko naukowcy. Norwegia, stawiana swego czasu jako wzór nowoczesności ze względu na digitalizację edukacji, zakazała AI w szkołach podstawowych i ograniczyła jej stosowanie w szkołach średnich.
Dyskusja toczy się także za oceanem, gdzie poszczególne okręgi szkole, nieraz niekonsekwentnie, wprowadzają własne zasady czy wytyczne dotyczące chatbotów. Wiele z nich cechuje ostrożność i skupienie się na przekazaniu uczniom kompetencjach technologicznych. Chicago skupiło się na tym, by uczniowie poznali zasady działania AI. Nowy Jork zastosował rozwiązanie podobne do norweskiego. Los Angeles z kolei wprowadziło roczne moratorium na stosowanie generatywnej AI wśród wszystkich uczniów.
Kolejne wątpliwości
Wbrew pozorom przebadani przez Sanoma nauczyciele też nie podchodzą do technologii bezkrytycznie. ¾ ankietowanych obawia się ryzyk związanych z AI. Wiedzą, że sztuczna inteligencja pozwoli im zaoszczędzić czas – ale nie wiedzą, czy dzięki stworzonym przez nią narzędziom uczniowie rzeczywiście zrozumieją ułamki – czytamy w raporcie. Obawy te są jak najbardziej uzasadnione – zwłaszcza, jeśli uwzględnimy inne, wcześniejsze próby wykorzystywania nowoczesnych rozwiązań w edukacji.
Norwegia, która jako jedna z pierwszych wprowadziła rozwiązania technologiczne do szkół – teraz się z nich wycofuje. Na polskim podwórku ludzie, którzy rozpoczęli swoją edukację w czasach analogowych i byli świadkami wkroczenia do niej technologii, mogli obserwować następujące zjawisko: przy teoretycznie nieefektywnej metodzie nauczania, jaką jest wykład, nauczyciel czy wykładowca wygłaszał materiał, a uczniowie i studenci notowali. Potem przyszła moda na prezentacje multimedialne wyświetlane z rzutnika. Teoretycznie powinny być efektywniejsze. Stało się jednak odwrotnie.
Wykładowca, choćby czytając z kartki, musiał się skupić na tym, co mówi, a studenci mieli czas zanotować potrzebne informacje. Nauczyciel wyposażony w prezentację multimedialną szedł nieraz na skróty: omawiał temat “po łebkach”, wychodząc z założenia, że przecież wszystko widać na ekranie (a na ile czytelny jest tekst rzucony na ścianę nasłonecznionej sali – wszyscy wiemy). Uczniowie czy studenci nie nadążali z notowaniem. Z czasów własnej edukacji pamiętam etap, w którym nauczyciele proszeni o to, by mówili wolniej lub omówili coś dokładniej, rzucali “wszystko jest w prezentacji, wyślę ją mailem”. Czasem wysyłali, czasem nie.
Materiał przetworzony w głowie w celu wykonania odręcznie zrobionej notatki zostanie w głowie dłużej, niż ten widziany na ekranie komputera. Ekran dawał nauczycielom złudne poczucie, że “przerobili” więcej materiału – uczniowie natomiast mieli wrażenie, że zostali zarzuceni dużą ilością treści, których nie mają szansy zrozumieć i przetworzyć.
W przypadku AI istnieje podobne ryzyko, tylko na większą skalę. Jeśli nauczyciel poprosi chatbota o wygenerowanie trzydziestu zestawów zadań, po 20 poleceń w każdym – będzie się kreować na doskonałego pedagoga, dbającego o rozwój uczniów i indywidualizującego proces ich nauczania. W praktyce – przy takiej ilości nie będzie w stanie wychwycić błędów, sprawdzić postępów dzieci ani pomóc im w razie trudności. Odpowiedzią na “proszę pana, nie rozumiem tego” będzie “zapytaj chatbota”.
Nie da się ominąć tematu sztucznej inteligencji w szkołach. Zamiatanie problemu pod dywan nie sprawi, że przestanie on istnieć. Żyjemy w świecie, w którym technologia jest wszechobecna – i do funkcjonowania w takowym musimy przygotować młodzież. Jednak czym innym jest rzetelna edukacja, a czym innym bezrefleksyjny technoentuzjazm, wyręczanie się technologią na każdym kroku i uleganie marketingowym wpływom.
Niestety już teraz wielu pedagogów korzysta z generatywnej AI – i to takiej ogólnego przeznaczenia. Na jednej z konferencji poświęconych, o zgrozo, higienie cyfrowej, jedna z prelegentem wprost zachęcała, aby generować za pomocą chatbotów opinie o uczniach, co de facto wiązało się z wrzucaniem do AI wrażliwych danych dzieci. Mimo to konferencja zbierała same ochy i achy wśród zachwyconych nią nauczycieli.
Nauczyciele przekonani do AI i tak będą jej używać – i żadne zakazy tego nie zmienią. Istnieje zjawisko shadow AI – tj. korzystania z nieuatoryzowanych narzędzi w tajemnicy przed pracodawcą. Na polskim gruncie raczej nam ono nie grozi – dyrektorom czy samorządom nie przeszkadza posługiwanie się sztuczną inteligencją.
Już teraz – co szczególnie niepokojące – wiele placówek oddelegowuje na AI komunikację z uczniami i rodzicami. Podczas ostatnich wydarzeń, gdy skala szkolnej przemocy stała się tematem nagłówków ogólnopolskich mediów, szkoły i przedszkola reagowały na przemoc…za pomocą grafik i komunikatów generowanych przez AI i rozsyłanych w mediach społecznościowych. Czy uczniowie i rodzice wiedząc, że szkoła reaguje na kryzysową sytuację promptem do chatGPT, poczują się bezpieczniej? Czy wręcz przeciwnie – poczują się lekceważeni i zdani wyłącznie na siebie samych?
Tonący brzytwy się chwyta
Raport Sanoma pokazuje też pułapki, których nie widać na pierwszy rzut oka. Zaledwie 16% nauczycieli wierzy, że AI poprawi wyniki edukacyjne ich uczniów. Z raportu wyłania się obraz pedagogów, którzy sami chętnie wyręczaliby się technologią – podopiecznym tego prawa odmawiając. Nie mówimy o specjalistach z branży IT, a o pracownikach szkoły, którzy nie rozumieją szans i zagrożeń związanych z chatbotami bardziej, niż uczniowie. Nie mogą więc tłumaczyć się tym, że podejdą do technologii rozsądniej. Mimo to chcą zachęcać uczniów do ciężkiej pracy – swoją jedynie “odbębniając”, aby zaoszczędzić czas. Jaki przykład dają dzieciom? Czy nie przyszło im do głowy, że w ten sposób nadwyrężają resztki prestiżu zawodu nauczyciela?
Kolejna pułapka to kwestia elektronicznych podręczników zintegrowanych z AI, czy cyfrowych materiałów dydaktycznych w ogóle. 34% polskich nauczycieli chciałoby, aby w przyszłości materiały dydaktyczne miały głównie cyfrowy charakter, a 39% – by były drukowane. Większą niechęć do papieru wykazali tylko włoscy pedagodzy. Tylko czy to aby na pewno niechęć do papieru?
Cyfrowy materiał ma jedną zasadniczą przewagę nad wydrukowanym arkuszem pracy: nie liczy się do miesięcznego limitu na ksero, jaki szkoły narzucają nauczycielom. Wbrew marketingowym raportom to nie brak AI czy niedostateczna cyfryzacja są problemem polskich szkół i to nie chatboty stanowią ich rozwiązanie.
Nie zapytano nauczycieli, jakie problemy widzą w polskiej edukacji i jakich rozwiązań oczekują. Nie zaproponowano im stabilniejszych warunków pracy, godnych podwyżek, mniejszych oddziałów czy specjalistycznego wsparcia dla dzieci z trudnościami. Oferowanie nauczycielom AI to rzucenie tonącemu brzytwy.
Tonący brzytwy się chwyci – ale się na niej nie utrzyma. Sprytnie odwrócono uwagę od tego, że ktoś nauczycieli i uczniów wrzucił na głęboką wodę i to bez koła ratunkowego. Jednak zawsze można głosić, że wedle badań nauczyciele domagają się brzytwy, którą autor badań przypadkiem ma na sprzedaż, a z czasem domagać się jej sfinansowania z naszych podatków. Za cenę dużo większą, niż przysłowiowy papier do ksero.
Piszę o ludziach, polityce cyfrowej, big techach i wpływie technologii na społeczeństwo. Wrzucam też cotygodniowe prasówki z tematyki cyfrowej i feministycznej. Jestem publicystką, feministką i świecką humanistką. Działałam w polskich indymediach. Współpracowałam z redakcją techspresso.cafe, publikowałam w serwisie szmer.info. Obecnie prowadzę blog pod adresem didleth.pl, ale jestem też otwarta na współpracę z innymi serwisami. Zachęcam do lektury i kontaktu! 🙂


